Już mieli wracać do Warszawy. W powiecie końskim mocno wiało, nawet w lesie drzewa nie stały spokojnie. Cietrzewie, na które się zasadzali (w 1969 roku ten gatunek ptactwa nie był jeszcze objęty ochroną), pochowały się, choć nadszedł czas ich tokowania.

Myśliwi z koła łowieckiego „Gawra” przy Polskiej Akademii Nauk, 13 kwietnia 1969 roku wracali do domu z pustymi rękami. Brak trofeów nie popsuł im jednak humorów. Dla pracujących za biurkiem liczył się sam spacer skrajem lasów w poszukiwaniu gniazd ptaków. Przez trzy dni od świtu nasłuchiwali, czy gdzieś w pobliżu nie tokuje samiec, wydając syczące tony bul-got bul-got bul-got czu-szyyy. Daremnie. Przed odjazdem postanowili jeszcze zamienić kilka słów ze strażnikiem w Płaczkowie.
Byli tuż koło leśniczówki, kiedy usłyszeli strzały. Żaden z nich nie miał już naładowanej broni, a sprawcami mogli być tylko kłusownicy. Było to zastanawiające, ponieważ o tej porze roku obowiązywał zakaz polowania na sarny, jelenie, dziki, czy zające. Młodzi naukowcy z PAN-u wiedzieli, że każdy myśliwy ma nie tylko prawo, ale i obowiązek sprawdzenia, czy osoby z bronią przebywają w łowisku legalnie. 23-letni matematyk, Jerzy Sztachelski, wraz z kolegą, Rafałem Skoczylasem, wbiegli do lasu. Za nimi pozostali członkowie koła. Chcieli otoczyć kłusowników z dwóch stron. Sztachelski pierwszy dostrzegł przemykających między drzewami w stronę wsi Sorbinów dwóch mężczyzn uzbrojonych w strzelby.
Dogonił ich i próbował jednego rozbroić. W tym momencie padł strzał. Strzelał drugi kłusownik. Młody myśliwy osunął się na ziemię. W jego kierunku biegł Skoczylas. Następny pocisk ugodził go w ramię. Sztachelski mimo silnego krwotoku próbował się podnieść, ale kłusownik, któremu uprzednio chciał odebrać broń, przyłożył leżącemu lufę do piersi. Po tym strzale matematyk znieruchomiał. Kłusownicy zbiegli, kradnąc dubeltówkę ofiary.

 

Arsenał

Zamordowany był synem byłego ministra zdrowia. Wprawdzie na życzenie zrozpaczonego ojca cenzura nie pozwoliła dziennikarzom na podanie pełnego nazwiska ofiary, ale przeoczyła tę informację w „Łowcu Polskim” i wiadomość szybko rozniosła się wśród myśliwych.
Rozkazem komendanta wojewódzkiego Milicji Obywatelskiej została powołana specjalna grupa operacyjna, której zadaniem było złapanie ukrywającego się zabójcy. Niestety, milicjanci natrafili na mur milczenia ze strony mieszkańców Sorbinowa i okolicznych wsi. Nikt, łącznie z sołtysem, niczego nie widział, ani nie słyszał. Nikt nie kojarzył samochodów myśliwych z „Gawry”, choć kilka razy przejeżdżali przez tę miejscowość.

Prokurator zarządził rewizje w każdym domu Sorbinowa. Ukrywających się kłusowników nie znaleziono, ale funkcjonariusze wynieśli ze strychów i stodół duże ilości broni oraz amunicji. Były to przede wszystkim pamiętające jeszcze wojnę schmeissery, pepesze, kolty i tzw. kabeki.

Wszystkie sprawne, naoliwione, z dorobionymi przez miejscowego kowala częściami. Oprócz tego znaleziono wyprodukowane domowym sposobem samopały i obrzyny. Biegli stwierdzili, że niektóre elementy pochodziły z utajnionego wydziału produkcji broni w skarżyskich Zakładach Metalowych. Zarekwirowaną broń wywożono ze wsi ciężarówkami.
Penetracja piwnic, stodół i ziemianek przyniosła też inny plon — funkcjonariusze znaleźli spore zapasy zapeklowanego mięsa z nielegalnie upolowanej przez kłusowników leśnej zwierzyny. Natomiast w pobliżu miejsca, gdzie zastrzelono Sztachelskiego, milicja znalazła dwie zabite sarny, zamaskowane igliwiem. Jedna miała poderżnięte gardło. Prawdopodobnie pocisk nie okazał się śmiertelny i zmiażdżył jej tylko cewki (w gwarze łowieckiej nogi).
W przekonaniu, że zwierzęta padły z rąk zabójców młodego naukowca, utwierdziły funkcjonariuszy ukryte w pobliżu kurtki, broń i amunicja. Rozpoznali je myśliwi z PAN-u, którzy 13 kwietnia gonili kłusowników. Mimo to sprawcy nadal pozostawali nieznani.
Niewiele mogli pomóc pracownicy nadleśnictwa Bliżyn, na terenie którego doszło do tragedii. Szef tej placówki nie ukrywał, że boi się wychodzić z domu bez broni. Na jego terenie rządzą kłusownicy. Sprzeciwić się im, to wydać na siebie wyrok. Przed czterema laty w Sorbinowie taki los spotkał gajowego, który gonił nielegalnie zabijających zwierzynę. „Nieznani sprawcy” napadli na niego, brutalnie pobili i połamali mu nogi, przez co już nigdy nie wstał z wózka inwalidzkiego. Sprawców nie znaleziono, co nie przeszkadzało kłusownikom chodzić po wsi w biały dzień z „obrzynem”.
Kompleks 15 tys. hektarów nadleśnictw Bliżyn nie bez powodu miał opinię najbardziej niebezpiecznego w Polsce. Po walkach wojennych, a następnie partyzantce, pozostało w leśnych ostępach sporo broni, którą penetrujący las chłopi znosili do swych gospodarstw. Nie tak dawno u jednego rolnika wykryto w stodole starannie zakonserwowane poniemieckie działko przeciwpancerne. Miał nawet do niego amunicję.

1 2 3>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze