W nocy z niedzieli na poniedziałek, 9 lipca 1979 roku, w Lubawie padał deszcz. To dlatego sierżant Tadeusz Kołecki po zakończeniu ostatniego patrolu i zdaniu do depozytu służbowego pistoletu, zwlekał z powrotem do domu. Dopiero po drugiej nad ranem wsiadł na motor. Z Lubawy do Zielkowa, gdzie mieszkał, miał jakieś dziesięć kilometrów. Nigdy tam nie dojechał. Ktoś, kto ma 26 lat, na kogo w domu czeka żona w ciąży, kto ma obiecane mieszkanie w mieście i widoki na skierowanie do szkoły oficerskiej, nie znika bez powodu.

Gdy okazało się, że tej samej nocy było włamanie do stacji CPN-u na wyjeździe z miasta, sprawa przybrała bardzo poważny obrót. Milicjanci pytali w każdym domu przy drodze do Zielkowa i dalej do Ostródy. Ktoś zauważył tej nocy przejeżdżającego trabanta i jadący za nim motocykl. W sumie – niewiele. W lubawskiej komendzie, mieszczącej się wtedy w niewielkim domu przy ulicy 19 Stycznia, nagle zrobiło się za ciasno. Śledztwo przejął specjalny sztab z komendy głównej, setki milicjantów przeszukiwały pola i lasy między Lubawą a Ostródą. Z Warszawy przyleciał helikopter z kamerą termowizyjną – wówczas szczytem nowoczesności. Wszystko bez rezultatu. Po czterech dniach od zaginięcia sierżanta Kołeckiego, wędkarz łowiący ryby w Jeziorze Morlińskim pod Ostródą zauważył w trzcinach zwłoki.

 

Po nitce do… rękawicy

Kiedy podczas pogrzebu kompania milicji oddawała honorową salwę nad grobem Tadeusza Kołeckiego, mianowanego pośmiertnie na stopień starszego sierżanta sztabowego, okoliczności zabójstwa były dalekie od wyjaśnienia. Milicja przesłuchała kilkaset osób. Rozpatrywała przynajmniej kilka wersji zdarzeń. Po tygodniach kręcenia się w kółko, śledczy zainteresowali się bliżej ścinkami żółtego materiału w różowe kwiatki, znalezionymi nad jeziorem, w pobliżu miejsca wyłowienia zwłok. Zwrócili uwagę, że były cięte maszynowo. Ktoś wiele godzin bawił się nimi jak puzzlami, aż z poskładanych kawałków ułożył… rękawicę.

W Centralnym Laboratorium Przemysłu Włókienniczego w Łodzi udało się ustalić, że znaleziony materiał to etamina (rodzaj bawełnianej tkaniny), wyprodukowana dwa lata wcześniej w zakładach w Bielawie na Dolnym Śląsku. Wyprodukowano jej jednak aż 77 tysięcy metrów bieżących. Milicja postanowiła sprawdzić wszystkich odbiorców materiału w różowe kwiatki. Było to możliwe, ponieważ za czasów komuny, produkcja i handel były pod absolutną kontrolą państwa. W rozdzielniku obejmującym przynajmniej kilkadziesiąt firm z całego kraju znalazły się m.in. Zakłady Przemysłu Odzieżowego w Elblągu, sto kilometrów od Lubawy, więc firma ta natychmiast trafiła pod lupę.

W elbląskich zakładach ktoś przypomniał sobie, że na zlecenie Spółdzielni Inwalidów w Ornecie rzeczywiście kroili kiedyś materiał w różowe kwiatki. Tyle że Orneta ostatecznie go nie wzięła, bo etamina okazała się nieodpowiednia na podszewki do roboczych rękawic. Pocięta nadawała się już tylko na szmaty, czyściwo do maszyn. Dostały je, pracujące na rzecz górnictwa, warsztaty Zakładu Karnego w Kamińsku i Wojewódzkie Przedsiębiorstwo Komunikacji Miejskiej w Elblągu. W Kamińsku, z którym śledczy oczywiście wiązali największe nadzieje, sprawdzeni zostali wszyscy, którzy kiedykolwiek mieli coś wspólnego z Lubawą. Bez rezultatu. To samo sito zastosowano w Elblągu. Przesiano przez nie dziesiątki osób, najpierw tych, którzy około 9 lipca byli na urlopie, ostatecznie wszystkich pracowników WPKM.

Joachim W., 30-letni mechanik, zrozumiał, że to koniec, kiedy dostał wezwanie na komendę. Napisał pożegnalny list i połknął garść tabletek. Bezskutecznie próbował się truć także Henryk G., jego wspólnik z włamania do stacji benzynowej w Lubawie. To właśnie stacja benzynowa była prawdziwym celem sprawców. Miała to być tylko taka mała fucha… Zabrali ze stacji jakieś części samochodowe, a z kasy drobne pieniądze w złotówkach i równie drobne bony dolarowe, za które w tamtym czasie można było kupić benzynę bez kartek.

 

Służbista nie przepuści

Wracający ze służby sierżant przypadkowo nakrył ich na gorącym uczynku. Ledwie co wyjechał z miasta, gdy w światłach motocykla zobaczył młodego człowieka kręcącego się koło zamkniętego w nocy na głucho CPN-u. Potem trabantem podjechał jeszcze drugi. Sierżant Kołecki, którego wszyscy wspominali jako wielkiego służbistę, oczywiście się zatrzymał. Miał na głowie charakterystyczny kask z napisem MO, więc wiadomo było w jakiej sprawie. Gdy zaczął sprawdzać dokumenty podejrzanych, musiał coś zobaczyć. Złodzieje byli bowiem na tyle nieostrożni, że choć włamali się do stacji CPN-u przez okno, wyszli drzwiami i na dodatek zostawili je otwarte. Milicjant stanowczym tonem nakazał im jechać ze sobą na posterunek. Wtedy dostał kluczem samochodowym w głowę. Próbował walczyć, ale będąc bez broni, mając za przeciwników dwóch młodych mężczyzn, nie miał szans. Późniejsza sekcja zwłok ujawniła aż dwanaście ran tłuczonych głowy.

Właściciel trabanta, Joachim W., „kombinował” jak wielu na państwowych etatach. Był już karany, głównie za włamania. Mokrej roboty dotąd się nie imał. Jego pomocnik, Henryk G. ledwie co skończył 19 lat, w elbląskim WPKM przyuczał się dopiero do zawodu mechanika.

Po wszystkim sprawcy najwyraźniej wpadli w panikę. „Cośmy zrobili” – huczało im w głowach. Trzęsącymi rękoma upchnęli ciało milicjanta w bagażniku trabanta. Kierował Joachim W., chociaż miał kłopoty, bo w czasie szarpaniny pod CPN-em poważnie zranił się w dłoń. Henryk G. ubrał biały kask drogówki, który Kołecki pożyczył od komendanta i ruszył za nim wueską milicjanta. Przed Ostródą skręcili w prawo nad – widoczne z głównej drogi – Jezioro Morlińskie. Świtało, musieli się spieszyć, zwłaszcza że przetrząsając raportówkę milicjanta, nie znaleźli dokumentów, jakie sierżant zabrał im podczas kontroli. Musieli zawracać do Lubawy i ich szukać. Zupełnie nie zwrócili uwagi na szmaty, które wypadły z bagażnika trabanta, gdy wyciągali zwłoki milicjanta. Rozebrali je z munduru, nie wiadomo dlaczego przywiązali pasem do motocykla, odholowali nieco od brzegu i utopili. W tej koszmarnej pozycji wypłynęły kilka dni później, ukazując się przypadkowemu wędkarzowi.

 

Zbrodnia bez podtekstu

Tamtej nocy sprawcy bez przeszkód wrócili do Elbląga. Co czuli przez następne dni, kiedy o sprawie było głośno w całej Polsce, świadczą ich próby samobójcze, gdy znaleźli się kręgu śledztwa. Ostatecznie zostali zatrzymani 30 września 1979 roku. Do zabójstwa przyznali się już podczas pierwszego przesłuchania. Zbrodnia wyglądała na przypadkową, ale milicja jeszcze przez wiele miesięcy szukała jakiegoś politycznego podtekstu.

Proces w tej sprawie toczył się przed Sądem Wojewódzkim w Olsztynie. Koledzy milicjanta jeździli z Lubawy do sądu. Na ścianie komendy zawisła poświęcona mu tablica, ale nastał stan wojenny i wszyscy mieli już inne sprawy na głowie…

Wyrok w tej sprawie zapadł 17 grudnia 1981 roku. Starszy z zabójców policjanta, Joachim W., został skazany na 25 lat więzienia, młodszy Henryk G. – na 15 lat. Dodatkowo obydwaj pozbawieni zostali praw publicznych na 10 lat.

Jerzy Ublik

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze