Andrzej Mantaj urodził się 7 grudnia 1962 roku. Pochodził z niczym niewyróżniającej się rodziny. Dla wielu takich jak on, prostych ludzi z wiosek i miasteczek, praca w MO była szansą na awans społeczny. Andrzej pochodził z niewielkiego Dębna, leżącego w ówczesnym województwie gorzowskim.

Jesienią 1986 roku rozpoczął służbę w milicji. Dał się poznać jako pojętny funkcjonariusz. Przełożeni pokładali w nim spore nadzieje i dlatego stosunkowo szybko został skierowany do szkoły podoficerskiej MO w Słupsku. Szkoła mieściła się w wydzielonym i zamkniętym fragmencie miasta, w położonym pomiędzy ulicami Jana Kilińskiego i Tadeusza Kościuszki kompleksie kilkudziesięciu budynków m.in. po byłej niemieckiej szkole żeńskiej z 1929 roku, lazarecie z lat 30. XX wieku oraz kilkunastu willach.

Do jego obowiązków – oprócz rzecz jasna udziału w zajęciach i utrwalania zdobytej wiedzy – należało m.in. pilnowanie jako wartownik terenu szkoły. Jednym z pilniej strzeżonych był teren strzelnicy, gdzie odbywały się zajęcia praktyczne, a przede wszystkim przechowywana była amunicja. Budynek był strzeżony 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu.

Dyżur wartowniczy w magazynie nie wymagał szczególnego skupienia.

Pełniący tam służbę milicjanci nie mieli nic ciekawego do roboty. Nie mieli telewizora, czas służby urozmaicało jedynie słuchanie radia albo lektura gazet i kolorowych magazynów, których niewielki stosik leżał na służbowym stole.

Feralnego dnia służbę objęli Andrzej Mantaj i starszy od niego o 8 lat – Mirosław P. Służba była więcej niż nudna. Na przemian maszerowali wokół zabudowań, torów strzelniczych aż do znajdującej się na końcu budynku tzw. tarczowni. Za każdym razem mieli do pokonania kilkaset metrów. Jednorazowy obchód nie zajmował im więcej niż 5 minut. Potem powrót na wartownię, i za kilkanaście minut ten sam rytuał. W okolicy znajdowały się budynki jednorodzinne, wieczorem i w nocy nieznajomego można było dostrzec z daleka.

Taki właśnie nieznajomy pojawił się w wartowni około godziny 22. Był nim niespełna 30-letni mężczyzna.

Na pierwszy rzut oka miły, sympatyczny, wzbudzający zaufanie, choć wartownicy od początku traktowali go ze znaczną rezerwą.

Nieznajomy zapewniał, że kilka lat temu był w tej szkole na szkoleniu, wypytywał, jak im idzie nauka. Nie wymieniał żadnych nazwisk kadry. Nie mówił czy ukończył szkołę i czy gdzieś pracuje. Zapewniał, że chce się ogrzać, pytał, czy wartownicy mogą mu załatwić kilka tarcz strzelniczych.

Cała ta rozmowa wyglądała trochę dziwnie. Nie wiadomo, skąd przyszedł nieznajomy, dokąd zmierzał tamtej styczniowej nocy. Po co mu tarcze? Wartownicy niedwuznacznie próbowali się pozbyć intruza.

– Tutaj nie wolno przebywać osobom obcym. Jeszcze zobaczy to oficer dyżurny i będziemy mieli problemy – argumentowali.

– Komu by się chciało przyjść w taką pogodę. Pewnie siedzi przed telewizorem i ani mu w głowie spacerować – ripostował nieznajomy.

– Może tak, może nie, ale nie mamy zamiaru łamać regulaminu. Proszę stąd wyjść – wartownicy byli nieugięci i widać było, że dalsza dyskusja z nimi jest pozbawiona sensu.

Nie interesowali się więcej nieznajomym. Kilka minut później kapral Mantaj ruszył na kolejny obchód. Nie mógł spodziewać się, że będą to… ostatnie chwile jego życia.

Co wydarzyło się na terenie słupskiej Szkoły Milicji czytaj w „Detektywie Extra” nr 4/2018.

Więcej interesujących tekstów kryminalnych znajdziesz  w najnowszym wydaniu kwartalnika „Detektyw Extra–Kryminalny świat PRL-u” nr 4/2018 w sprzedaży od 23 października 2018 roku, a także w wersji elektronicznej do kupienia TUTAJ oraz w wersji do słuchania dostępnej TUTAJ.

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze