Ku niezadowoleniu małżonki jeździł tam często z kolegami. Był zapalonym myśliwym, podobnie zresztą jak większość jego kolegów. Tym razem jednak nie miał to być męski wypad, tylko wspólna wyprawa ze ślubnymi połowicami.

Na weekend zaprosili: Pawła i Jolantę Goduniów, Eustachego i Mariolę Prudnickich oraz Wacława i Elżbietę Kuksów. Mieli wyruszyć w piątek i zacząć od ogniska z kiełbaskami. Następnego dnia rano polowanie, wieczorem brydż. Powrót w niedzielę.

Umówionego dnia, po godzinie 19, pod leśną posesją Rybarczyków zaparkowały trzy pojazdy. Gospodarze przyjechali wcześniej, aby nagrzać budynek. Zygmunt zdążył też ułożyć wysuszone szczapy w kamiennym kręgu przeznaczonym na ognisko. Na gości czekał już wysokoprocentowy „duch puszczy” produkcji gospodarza. Pół godziny po przybyciu gości wszyscy stali już przy ognisku. Panowie rozlewali wzmacniające trunki, a panie – ignorując fakt, że są w lesie i przy ognisku – dumnie prezentowały nalakierowane tapiry i futra. W byle jesionce nie wypadało się pokazać. Tylko Mariola Prudnicka była w zwykłej kurtce, co wywołało znaczące spojrzenia koleżanek. Goduniowa z Kuksową wywnioskowały po cichu, że Prudnicki chyba słabo zarabia, skoro nie stać go na godne odzienie dla żony.

Po godzinie ogień wesoło buchał w niebo, a towarzystwo było już dobrze podchmielone. Panowie zapowiadali, że zaraz zaczną skakać przez ognisko. Pierwszy rwał się Wacek Kuks. Żona jednak chwyciła go za fraki i zakazała wygłupów. Chwilę się z nią szamotał. Jego temperament ostudził dopiero smród spalenizny. Okazało się, że Elżunia stanęła za blisko ognia i jej odzienie lekko się przypaliło. Był to znak, że czas kończyć imprezę. Wszyscy grzecznie rozeszli się po pokojach. To była dobra decyzja, bo na rano zaplanowali polowanie. Panie chętnie towarzyszyły mężom.

Kiedy nazajutrz było już po strzelaniu i wrócili z łupami (sama drobnica) czekała ich niezwykle niemiła niespodzianka. Danusia Rybarczyk, czerwona jak piwonia, krzyknęła że zniknęło jej nowe futro (na polowanie założyła nieco już wysłużone lisy). Zaczęły się nerwowe poszukiwania. Kiedy przetrząsnęli już cały dom i futro się nie znalazło, rozhisteryzowana Danuta kazała mężowi jechać po milicję. Mieli zaprzyjaźnionego porucznika Palucha, który już raz im pomógł, kiedy okradziono ich domek.

W sprawie głupiej kurtki mam jechać? – próbował się wymigać Zygmunt, ale kiedy zobaczył karcący wzrok małżonki, powlókł się do swojego fiata.

Po kilku kwadransach zjawił się razem z porucznikiem i sierżantem Solickim. Towarzystwo w domu siedziało w grobowej ciszy. Wszyscy patrzyli na siebie wilkiem. Atmosfera była napięta, bo kiedy tylko Zygmunt wyjechał, Ela Kuksowa stwierdziła, że futro pewnie leży w bagażniku Prudnickich albo ukryli je gdzieś w lesie. Jej zdaniem Mariolka zazdrościła koleżankom i…

Porucznik Paluch postanowił przesłuchać wszystkich uczestników towarzyskiego spotkania, nie wyłączając gospodarzy. Podzielili się razem z sierżantem. On miał zająć się kobietami, a Solicki mężczyznami. Poszli do lasu. Tam każdy miał pokazał miejsce, w którym polował. Dzięki temu można było też oszacować, kto miał jak daleko do domku Rybarczyków. Klucz był schowany pod wycieraczką, tak więc każdy mógł się dostać do środka w dowolnie wybranej chwili.

Kiedy porucznik Paluch w towarzystwie kobiet wrócił z terenu, zastał gospodarza kręcącego się po obejściu.

Panie poruczniku, taka niezręczna sytuacja. Taki wstyd, przesłuchiwać kolegów. Daję sobie rękę uciąć, że nikt z tu obecnych nie ukradł tego futra – zapewniał Rybarczyk.

– Panie Rybarczyk, to już byś pan tej ręki nie miał…

 

Kto ukradł futro?

 

Rozwiązanie zagadki kryminalnej na kolejnej stronie.

1 2>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze