W doskonałym filmie o polskim superszpiegu, który zdołał wykraść najmocniej strzeżone tajemnice amerykańskiego przemysłu militarnego, przewodnik reporterów wskazał ogromny gmach kompanii TRW Systems w Redondo Beach w Kalifornii. „Tu kryją się największe tajemnice szpiegostwa satelitarnego. Ten obiekt jest strzeżony tak dokładnie, że obcy wywiad nigdy nie zdołał przeniknąć jego sekretów”- powiedział z miną osoby wszystkowiedzącej. To jednak nieprawda, bo to właśnie z tego budynku udało się wykraść tajne dokumenty.

 Gdyby Chris Boyce nie spotkał na swej drodze chłopca nazwiskiem Daulton Lee, poszedłby zapewne w ślady swego ojca i zostałby sprawnym agentem Federalnego Biura Śledczego lub profesorem historii w college’u. Gdyby Daulton nie zaprzyjaźnił się z Chrisem, nie miałby dostępu do tajemnic militarnych USA i nie wpadłby na absurdalny pomysł, by na szpiegostwie budować swoją przyszłość.

 

W gnieździe patriotyzmu

Obaj chłopcy przyszli na świat w zamożnych rodzinach, posiadających okazałe rezydencje w kawałku południowej Kalifornii znanym jako Palos Verdes Peninsula. Christopher Boyce urodził się w 1953 roku. Jego rodzice byli głęboko wierzącymi katolikami. Matka w okresie dorastania zamierzała wstąpić do zakonu, ale o powołaniu zapomniała wraz z poznaniem wysokiego i przystojnego studenta prawa w katolickim Loyola University w Los Angeles. Charles robił szybką karierę w studenckich drużynach bejsbola, lecz kontuzja kolana sprawiła, że musiał realnie myśleć o szybkim zarabianiu na życie. Po zrobieniu dyplomu został agentem FBI, biorącym udział w codziennym zwalczaniu bandytów napadających na banki, oszustów finansowych oraz prawdziwych czy wydumanych szpiegów, wykradających amerykańskie sekrety dla radzieckiego przeciwnika. Po dwóch latach tej wyjątkowo patriotycznej roboty, skuszony znacznie ciekawszą ofertą finansową został ekspertem do spraw bezpieczeństwa i ochrony tajemnic w kalifornijskim przemyśle militarnym.

Chris był najstarszym spośród dziewięciorga rodzeństwa; miał pięć sióstr i trzech braci. Rodzina słynęła wśród licznych przyjaciół i sąsiadów nie tylko z tej godnej pozazdroszczenia obfitości w dzieciach, lecz głównie z żarliwej religijności oraz patriotyzmu graniczącego z kultem Ameryki. Pierwsza wartość była efektem starań matki – niedoszłej zakonnicy, zaś drugą przypisywano ojcu, byłemu agentowi policji federalnej, który w nowej pracy nigdy nie rozstawał się z bronią służbową.

 

Oto typowa rodzina amerykańskich patriotów i katolików w starym, tradycyjnym stylu – mawiano o nich.

Na Wzgórzu, jak przyjęło się nazywać ich wykwintną dzielnicę, Chris pod każdym względem naśladował rodziców: znał na pamięć katechizm i znaczne fragmenty Biblii oraz żywotów świętych, a jego najbliższym przyjacielem był ksiądz Glenn, w którego kościele służył do mszy. W tym wczesnym okresie dorastania ministrant Chris był również gorącym patriotą, z szacunkiem traktował ojca – zawodowego stróża tajemnic, uczył się z zapałem, a swoim pierwszym prawdziwym hobby uczynił historię, zwłaszcza dzieje amerykańskiego oręża i wojskowości.

Gdyby Chris Boyce nie spotkał na swej drodze „złego ducha” o pseudonimie „Bałwan”, wyrósłby zapewne na bogobojnego i uwielbiającego porządek moralny i prawny wzorowego obywatela, o przesadnie surowych, konserwatywnych poglądach. Zapatrzony w przykład swego ojca bez zastanowienia poddawał się autorytetowi starszych, kochał swój kraj i czekał tylko na okazję, by lojalność wobec swego rządu potwierdzić wzorową służbą w armii. Bardzo żałował, że jest zbyt młody, by walczyć w toczącej się właśnie wojnie w Wietnamie. W ostrej narodowej dyskusji nad celowością wyniszczania małego azjatyckiego kraju, jego ojciec bronił prezydenta i opowiadał się za eskalacją bombardowań. Chris stał przy nim ramię w ramię, więc gdy tylko był świadkiem gniewnej wymiany zdań w sprawie Wietnamu, milcząco przyszpilał każdego ojcowskiego adwersarza wzrokiem zimnym jak stal.

Na tym etapie jego dojrzewania przyszedł czas na niezwykłe i wspaniałe hobby. Podczas gdy inni chłopcy w jego wieku mieli psy i koty, Chris został właścicielem wspaniałego sokoła i  poznał zwyczaje ptaka, a zwłaszcza tajniki niesamowitej współpracy oswojonego drapieżnika z człowiekiem. Sokół stał się jego obsesją, a wyprawy z tym – jak na razie – jedynym przyjacielem na zalesione wzgórza nad oceanem, czy na pustynię, były bez porównania z jakimkolwiek innym zajęciem. Chris poświęcał sokołowi każdą wolną chwilę. Pochłaniał wszystkie dostępne książki na temat sokolnictwa, stając się doskonałym znawcą historii i tradycji w tej specjalistycznej dziedzinie.

1 2>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze