Kradzież koni stała się w drugiej połowie XIX wieku, jak twierdzi ówczesna „Encyklopedia powszechna” Orgelbranda, „jedną z najcięższych plag trapiących ludność rolniczą”. Koniokradztwo – jak czytamy w tym haśle – zorganizowane jest jako przemysł, posiada swoich naczelników, swoje stacje, drogi, punkty węzłowe, w których dokonywa się wymiany koni kradzionych. Wszystko, jak teraz, tyle że obecnie kradnie się samochody.

Konie kradziono nie tylko na wsi, w obejściach i na pastwiskach, ale czasem nawet w Warszawie. Konie ginęły w ówczesnych „garażach”, jakimi były stajnie, nagminnie je też kradziono chłopom, często razem z furmankami, gdy zasiedzieli się w szynku. O takiej kradzieży mówili złodzieje między sobą: „oporządzić hołotę razem z kołnierzem i potokiem”, czyli z uprzężą i wozem. Prawdziwi jednak „hołociarze” wyprowadzali konie ze stajni, owijając im kopyta szmatami, podczas snu gospodarzy, oczywiście trując przedtem „skowyra” czyli psa („skowyr” – to też jedno z licznych i pogardliwych określeń policjanta). Skradzione konie sprzedawano potem w odległych miejscowościach lub na słynnym z tego targu na Pradze. Często rumaka przedtem pracowicie podmalowywano lub też w inny sposób zmieniano mu wygląd, pozbawiając go „tożsamości”.

Czasem kradziono konie w sposób wręcz bezczelny. Aleksander Świętochowski dziwił się kiedyś nadzwyczajnej zuchwałości „hołociarzy” na łamach „Prawdy”: „Ponieważ chłopi dowożą produkty na targ nocą, więc powracając zmęczeni, drzemią na furach. Złodzieje szosowi pchają wóz, żeby jechał, a inni obrzynają konie. Po operacji wóz staje, chłop słyszy tylko oddalający się tętent”.

Warszawscy złodzieje różnych specjalności, gdy przycisnęła ich bieda, brali się właśnie za ten proceder, choć wiązał się on czasem z ryzykiem utraty życia. Urke Nachalnik w swej złodziejskiej autobiografii wspomina, że raz otarł się o śmierć, gdy wybrał się na gościnne występy właśnie w tym celu na wieś. Tak go to zniechęciło do kradzieży koni, że już potem nigdy nie brał się za „hołociarstwo”. Był to jego pierwszy i ostatni raz.

W listopadzie 1898 roku Sąd Okręgowy w Warszawie rozpatrywał sprawę siedmiu mieszkańców wsi Choszczewa, w tym sołtysa, którzy koniokrada złapanego cztery lata wcześniej dostawili do kancelarii gminnej w takim stanie, że natychmiast wyzionął ducha. Sekcja wykazała, że na skutek pobicia miał połamane żebra oraz mocno nadwerężoną wątrobę i nerki. Parę lat później ten sam sąd zajmował się sprawą chłopów z powiatu Radzymin, którzy zatłukli złodzieja kłonicami. Dwóch skazano na osiem, trzech na trzy miesiące wieży, czyli najłagodniejszego więzienia.

Komentując ten proces sprawozdawca sądowy, znany adwokat Franciszek Nowowiejski – późniejszy poseł do Dumy, ówcześnie redaktor „Kuriera Warszawskiego” – napisał w „Gazecie Sądowej Warszawskiej”, że takie samosądy są wynikiem niewiary w urzędową sprawiedliwość i chociaż nie ma ich tak wiele – w każdym razie mniej niż w Stanach Zjednoczonych, gdzie na przykład w 1901 roku odnotowano 135 przypadków linczu – nie powinno się ich jednak tolerować. Przy ściganiu tego typu przestępstw trzeba być jednak wyrozumiałym, dlatego też słusznie złagodzono owym włościanom karę – stwierdził autor sprawozdania.

Przytoczona opinia jednego z bardziej światłych adwokatów warszawskich, wyrażona na dodatek w fachowym periodyku prawniczym wskazuje, że do takich przypadków opinia publiczna podchodziła dość liberalnie. Straż ziemska, nie tylko zresztą pod Warszawą, unikała styczności z profesjonalnymi złodziejami i rabusiami czy to ze strachu, czy też z innych powodów, tak że chłopi byli właściwie zdani tylko na siebie.

Wobec rozpowszechnienia się kradzieży koni zaostrzono w 1899 roku odpowiedzialność za to przestępstwo, między innymi i dlatego, by nie prowokować chłopów do linczu. Nowelizacja wymierzona była przede wszystkim w koniokradów „z profesji”. Chłopi jednak ani myśleli oglądać się na straż ziemską, organizowali nocne straże, dyżury i zaczajali się na złodziei, obchodząc się ze schwytanymi z dużym okrucieństwem.

Stanisław Milewski

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze