Karolina była tuż przed maturą i marzyła o studiach wyższych, gdy niespodziewanie na zawał serca zmarła jej matka. Po tym ciosie rodzinie trudno było się pozbierać. Dużo starszy od matki ojciec zupełnie nie radził sobie ani z sadem, ani przynoszącymi niezły dochód inspektami warzywnymi, którymi tak sprawnie zajmowała się jego żona.

Całe gospodarstwo spadło nieoczekiwanie na barki Karoliny, która oprócz tego musiała zająć się prowadzeniem domu i wychowywaniem młodszego rodzeństwa. Chociaż maturę zdała celująco, z żalem musiała zrezygnować ze studiów. Rezygnując z marzeń i dalszej nauki Karolina postanowiła, że przynajmniej wyprowadzi na ludzi swoje młodsze rodzeństwo: brata Janusza i siostrę Ewelinę.

Widocznie też po matce odziedziczyła smykałkę do ziemi, bo pod jej opieką gospodarstwo zaczęło jeszcze lepiej prosperować. Obrotna dziewczyna szybko zyskała uznanie sąsiadek i kawalerów w okolicy.

Plotkowano też bardzo, gdy zamiast za jakiegoś gospodarskiego syna, który powiększyłby gospodarstwo, wyszła za mąż za Wiesława P. – sierotę bez majątku i zwykłego murarza…

– Pewnie jest z nim w ciąży i musi – komentowały wiejskie plotkary ten ślub.

Ale Karolina pierwszego syna urodziła dopiero po dwu latach – co znaczyło, że wcale nie musiała wychodzić za „takiego golca”. I trzeba było przyznać, że dobrze trafiła, bo zaraz po urodzeniu pierwszego dziecka Płońscy zaczęli stawiać nowy, największy we wsi dom, a zaraz potem powiększyli inspekty z rzodkiewka i sałatą.

Jak wszyscy ludzie, którym się wiedzie, Karolina była stałym przedmiotem sąsiedzkich rozmów. Zastanawiano się stale, ile to też zarabiała na sprzedaży inspektowych nowalijek; rosnących w sadzie wiśni i jabłoni; ile kosztują ją studia w stolicy młodszego brata Janusza, który już po drugim roku przyjeżdżał na wakacje własnym autem; ile wydała na mieszkanie dla najmłodszej siostry, pielęgniarki, która po szkole zamieszkała w sąsiednim miasteczku i wyszła za lekarza.

Z rodzeństwa Karolina była bardzo dumna. Starała się obojgu wynagrodzić brak matki i zapewnić jak najlepszy start w dorosłe życie. Zaślepiona miłością do młodszego rodzeństwa nie spostrzegła, że zarówno brat jak siostra w miarę osiągania sukcesów życiowych zaczynają patrzeć z góry na starszą siostrę. Ewelina, odkąd poślubiła lekarza bardzo zadzierała nosa i prawie nie odwiedzała siostry, a brat nie zaprosił starszej siostry na swoje wesele. Uznał, że jego wiejska rodzina zupełnie nie pasuje do jego obecnego statusu i nie miał zamiaru przedstawić swojej siostry narzeczonej – córce warszawskiego adwokata.

Karolina nie dostrzegała też, że Ewelina i Janusz pojawiają się w rodzinnym domu tylko wówczas gdy potrzebują gotówki. Chociaż jej własne dzieci rosły i miała swoje wydatki, zawsze wspomagała brata i siostrę, a na odjezdnym wypychała bagażniki samochodów rodzeństwa domowymi wędlinami, nabiałem i własnoręcznie upieczonym ciastem. A apetyty rodzeństwa stale rosły. Już nie zadowalali się kilkutysięczną zapomogą. Chociaż ojciec żył jeszcze, zapachniała im ojcowizna…

 

* * *

Gdy po długich miesiącach milczenia Janusz zapowiedział swój przyjazd Karolina bardzo się ucieszyła. Upiekła z tej okazji kaczkę i szarlotkę, za którą przepadał w dzieciństwie. Ale nie do śmiechu jej było, gdy brat wyjawił powód swojego przybycia:

– Życie w mieście jest strasznie drogie, a ziemia ostatnio bardzo poszła w górę. Jakbyśmy sprzedali kawałek sadu, to wszyscy byśmy na tym dobrze wyszli, nie uważasz?

Karolina wcale tak nie uważała.

– Przecież ten sad nas utrzymuje! Jak myślisz, z czego miałam pieniądze na twoje i Eweliny szkoły? I na urządzenie was w mieście?

– Hm, sama też nieźle się urządziłaś! – brat wskazał ręką na dom. – Powiedziałbym nawet, że najlepiej na tym wyszłaś. Ja i Ewelina nigdy nie dorobimy się takiej chaty!

– To zasługa Wieśka. Mój mąż sam ten dom zbudował, wiesz o tym dobrze.

– A ty musisz wiedzieć, że z moją pozycją zawodową muszę mieć lepsze auto. I Ewelina chciałaby zamienić mieszkanie na większe. Nie zbiedniejecie chyba za bardzo, jak sprzedamy połowę sadu?

Karolina spojrzała na męża.

– Co ty o tym myślisz? Może Janusz ma rację?

– To wasze rodzinne sprawy Ja się w to nie będę wtrącał – skrzywił się mąż Karoliny.

– No to… Niech będzie, jak chcesz. Ale z tym będzie kłopot, bo widzisz, że z ojcem coś kiepsko. Prawie się nie rusza z domu, a bywa, że godzinami wspomina matkę i gada od rzeczy.

– Ech, Karolina! Przecież masz w rodzinie prawnika! O nic się nie martw, załatwimy dla mnie pełnomocnictwo i migiem wszystkim się zajmę.

Chociaż ojciec opierał się i marudził, rodzeństwo wymogło wreszcie na nim pełnomocnictwo, którego tak domagał się Janusz.

 

Młodszy brat Karoliny wyjechał uszczęśliwiony i w doskonałym humorze. Nie odzywał się znów przez dwa miesiące z górą – aż do czasu, gdy telefonicznie poinformował Karolinę, że sprzedał sad.

– Sad? Sprzedałeś wszystko? Przecież miałeś sprzedać tylko osiem hektarów! zdenerwowała się Karolina.

– Wiem, ale kupiec chciał wszystko. Powiedział, że mniej mu się nie opłaca.

– Chyba zwariowałeś! Z czego my z Wieśkiem teraz będziemy żyli?

– No, nie przesadzaj! Macie przecież jeszcze prawie trzy hektary ogrodu, z czego ładny kawałek pod szkłem! Chyba to wam wystarczy?

– Janusz, nie tak się umawialiśmy! – Karolina prawie krzyczała do słuchawki.

– Może mnie źle zrozumiałaś. Moim zdaniem powinnaś się cieszyć, że spłaciłaś mnie i Ewelinę, bo przecież nie tylko ty masz prawo do ojcowizny!

Karolinę zatkało. Jej zdaniem dawno już „spłaciła” rodzeństwo, zapewniając im wykształcenie i start życiowy. Ale jej brat i siostra najwidoczniej tak nie uważali! Nie wiedziała, jak o sprzedaży sadu powiedzieć ma mężowi i ojcu. Na pewno nie będą zadowoleni.

1 2>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze