Pieniądze przepływały mu przez ręce jak woda. Tracił je na alkoholowe i narkotyczne sesje, kolacje w najlepszych restauracjach dla tabunu dziewcząt, prezenty dla tych, które zostawały na noc albo okazywały mu względy na tylnych siedzeniach samochodu.

Aby osiągnąć niezależność i całkowitą swobodę działania, Daulton wyprowadził się z domu rodziców, gdy tylko Aaron Johnson, kolega ze Wzgórza, zaproponował mu wspólne wynajęcie apartamentu w miasteczku Torrance. Aaron był synem zamożnego dyrektora kompanii metalurgicznej, podobnie jak Daulton oficjalnie poszukujący dla siebie odpowiedniej uczelni, lecz nieoficjalnie pochłonięty handlem narkotykami. Wysoki, przystojny blondyn, stale otoczony stadkiem lokalnych piękności, stanowił dla zakompleksionego Daultona idealnego wspólnika. Jednak wejście w sieć zależności z popularnym w mieście handlarzem okazało się decyzją prowadzącą do kolejnej wpadki. Aaron i jego apartament byli pod stałym nadzorem agentów brygady narkotykowej. W lipcu 1973 roku zorganizowali oni prowokację w wykonaniu długowłosego agenta, występującego w roli niechlujnego, uzależnionego hipisa. Gdy dwaj wspólnicy dostarczyli na jego życzenie worek z dziesięcioma funtami marihuany, klient wyciągnął policyjną blachę i rewolwer, po czym potrzymał ich na muszce  do przybycia posiłków.

Daulton wraz z kolegą trafili do aresztu. Wypuszczeni jeszcze tego samego dnia po wpłaceniu 5 tysięcy dolarów poręczenia, od razu zabrali się do odrabiania strat. Pech jednak ich nie opuszczał. Już w cztery dni później policja złapała na gorącym uczynku pracującego dla nich czternastoletniego chłopca i trafiła po śladzie do ich mieszkania, jak zwykle wyładowanego towarem. Tym razem wykupne z aresztu wynosiło 10 tysięcy dolarów, lecz przed Daultonem roztaczała się czarna przyszłość.

Dwukrotne aresztowanie za to samo przestępstwo w ciągu zaledwie dwóch tygodni oznaczało złamanie zasad zwolnienia warunkowego sprzed dwóch lat, a więc konieczność odbycia kary. W liście do sędziego błagał o litość: „W więzieniu grozi mi przemoc i homoseksualizm, czego obawiam się jak śmierci…”. Jednak sędzia był nieubłagany i skazał go na rok pobytu w Wayside Honor Rancho, więzienia znanego wśród pensjonariuszy jako „przedszkole”, przypominającego obóz pracy o wyjątkowo złagodzonym rygorze.

 

Nagła oferta

Jednak już po pięciu miesiącach Daulton był znowu na wolności, w rezultacie przykładnego zachowania i wzruszającego listu do sędziego, w którym opisywał siebie jako młodzieńca świadomego swych błędów i już kompletnie zrehabilitowanego, gotowego do podjęcia poważnych studiów w college. Czas spędzony w „przedszkolu”, w doskonałym towarzystwie najlepszych ekspertów handlu narkotykami z Południowej Kalifornii, wpłynął na podwyższenie jego „kwalifikacji zawodowych”. Poznał mnóstwo tajników tego fachu, a najważniejsze – dostał kontakt z meksykańskimi hurtownikami narkotyków.

W rezultacie już w pierwszych miesiącach 1975 roku Daulton osiągnął pozycję jednego z największych dostawców marihuany i kokainy na kalifornijski rynek. Praktycznie cały czas rezydował w Meksyku. Kupował ogromne ilości towaru od meksykańskiej mafii, a następnie przerzucał produkt przez granicę z wykorzystaniem własnego oddziału „mułów”, przeważnie młodych kobiet, za wysoką opłatą przemycających narkotyki w intymnych częściach ciała. Całe transporty kokainy wysyłał też drogą powietrzną, ukryte za ściankami w samolotowych ubikacjach. Równolegle był hurtownikiem, pośredniczącym pomiędzy meksykańską mafią i amerykańskimi handlarzami. Dostarczał im znaczne ilości towaru, inkasował gotówkę i nie musiał się martwić, w jaki sposób kokaina trafi do USA.

Daulton Lee odzyskał sens życia. Miał wszystko: ogromne pieniądze, piękne kobiety, tłumy przyjaciół. Znów czuł się wspaniale bezkarny. Kalifornia, tamtejsi policjanci i sędziowie pozostali tylko niegroźnym wspomnieniem. Jechał tam tylko wtedy, gdy zmuszały go interesy, przeważnie wyjaśnianie płatności z opieszałymi dłużnikami. Wydawał wtedy huczne przyjęcia alkoholowo-narkotyczne, a jego hojność miała udowodnić gronu starych przyjaciół jego wysoką pozycję.

W tym czasie w jego kręgu oddziaływania znów pojawił się Chris Boyd. Dawni ministranci znów wymykali się niekiedy z sokołami nad ocean lub na pustynię. Częściej jednak biesiadowali i wspólnie raczyli się kokainą. Po jednym z szalonych przyjęć, gdy zostali już tylko sami, Chris przerwał długą chwilę milczenia:

 

Mam dla ciebie robotę. Możemy zostać partnerami w zupełnie innym biznesie. Ja dostarczę towar. Nie będą to narkotyki. Chodzi o ściśle tajne dokumenty. Ty pojedziesz do Mexico City, znajdziesz dojście do ambasady ZSRR. Rosjanie zapłacą ile tylko zażądamy….

Tadeusz Wójciak

 Kolejna część tej historii już jutro. Nie przegap!

< 1 2

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze

[fbcomments]