Zaproszeni przyjaciele nie zawiedli i stawili się wszyscy. Niezaproszeni zresztą też. Przyjaciele niezaproszonych przyjaciół również. W rezultacie uroczystość przerodziła się w imprezę zdecydowanie masową o charakterze niekontrolowanym, co w okolicach północy z pewnym niepokojem zauważył Łukasz K. Potem już niczego nie zauważył, bo usnął.

Gdy rano obudził się znowu coś zauważył i to zaniepokoiło go najbardziej. Dom nie tylko utracił wiele ze swej dotychczasowej świetności, ale i wiele ze swego bardziej i mniej wartościowego wyposażenia. Urodzinowi goście wychodząc zabrali na pamiątkę udanych urodzin, kilka drobnych bibelotów z rodzinnej kolekcji, w tym telewizor 3D uznanej japońskiej marki. Pogardzili natomiast małą, odrapaną figurką Buddy stojącą samotnie w zamykanej na klucz, oszklonej gablocie.

Łukaszowi K. zrobiło się od tego smutno, bo zrozumiał, że ma kłopotliwe manko w mieszkaniu, za które jest odpowiedzialny. Na poprawę humoru dopił resztkę alkoholu z przypadkowej szklanki. Od razu zrobiło mu się weselej i raźniej, więc rozbił kopniakiem szybę w gablocie z Buddą, bo też lubił pamiątki po udanych imprezach. Na odchodne tą samą niewyszukaną techniką roztrzaskał jeszcze oszklone drzwi prowadzące na taras. Wyszedł i nie zamykając ich udał się do rodzinnego domu, gdzie przynajmniej było czysto i niczego na półkach nie brakowało.

 

Złodzieja nie upilnujesz!

Doktor Mieczysław D., gdy tylko dowiedział się o włamaniu, wziął urlop i nie zwlekając przyjechał do kraju. Do domu wszedł w chwili, gdy szklarz kończył wstawiać wybitą szybę w drzwiach prowadzących na taras. Pośpiech w niczym tu nie pomógł, a nawet zaszkodził, bo doktorem targały jeszcze takie emocje, że jak tylko zobaczył puste półki i gabloty, to osłabł i sąsiad K. musiał go ratować. Kiedy już stanął na mocniejszych nogach całą winą za włamanie obarczył właśnie opiekującego się domem sąsiada K.

– Złodzieja nie upilnujesz – filozoficznie bronił się sąsiad. – A w ogóle to, kto zostawia na półkach takie drogie rzeczy?

– Weszli przez tę wybitą szybę? – wymijająco spytał doktor.

– Sama się nie wybiła!

– Policję pan zawiadomił?

– A jakże! Przyjechali! Coś tu popatrzyli i poszli! Ten najważniejszy zostawił telefon i powiedział żeby pan do niego zadzwonił – dodał sąsiad wręczając Mieczysławowi D. białą wizytówkę.

Śledczy zaprowadził doktora D. do swojego pokoju w komisariacie i wyjaśnił, że ślady wskazują na to, że sprawcy włamali się do domu rozbijając szybę drzwi prowadzących na taras. Pozostałości po urządzonej przez nich libacji alkoholowej świadczyły o tym, że bynajmniej się nie spieszyli i nie obawiali się „wpadki”.

– To nie byli profesjonaliści. Myślę, że to jakieś dzieciaki zauważyły niezamieszkały dom i postanowiły trochę się „zabawić”. Gdy skończył się alkohol zabrali, co było „pod ręką” i sobie poszli. Zostawili po sobie wiele śladów, ale nie byli notowani i nie sądzę abyśmy ich złapali. Mam nadzieję, że dom był ubezpieczony?

Dom oczywiście był ubezpieczony i nie tylko. Ubezpieczenie obejmowało także znajdujące się w nim ruchomości. Mieczysław D. sporządził długą listę skradzionych przedmiotów.

„Szło” mu to nieźle, bo naturę miał twórczą i wyobraźni mu nie brakowało. Do listy załączył cały szereg stwierdzających ich wartość paragonów, które w większości otrzymał od pomocnych w nieszczęściu kolegów.

Firma ubezpieczeniowa najpierw wybrzydzała, że na czele listy jest tak droga figurka uśmiechniętego Buddy, ale ten akurat przedmiot posiadał najmocniejszy dowód pochodzenia potwierdzających jego wartość. Został bowiem kupiony przed laty przez ojca doktora D. w wyspecjalizowanym w takim obrocie sklepie Desy, na podstawie niebudzącego wątpliwości, imiennego rachunku.

Firma usiłowała wprawdzie podważyć roszczenie Mieczysława D. argumentem, że system alarmowy w domu nie został tej nocy w ogóle załączony, co uniemożliwiło reakcję odpowiednich służb. Gdy jednak doktor D. zwrócił uwagę, że w umowie ubezpieczeniowej nie było ani słowa o systemie alarmowym i obiecał, że odda sprawę do sądu i nagłośni w gazetach, firma trochę ponegocjowała, ale odszkodowanie ostatecznie wypłaciła.

W rezultacie doktor D. bez żalu, a nawet z korzyścią dla siebie zamienił kilka wątpliwej wartości przedmiotów, na niewątpliwie wartościową gotówkę. Za figurkę małego Buddy też otrzymał odszkodowanie, które go zadowoliło, tym bardziej, że nigdy nie traktował tego obcego mu kulturowo, uśmiechniętego grubaska, jako relikwii rodzinnej, a bardziej, jako lokatę kapitału.

 

Okazja

Mieczysławowi D. urlop powoli się kończył. Siedział markotny w salonie spoglądając na opustoszałe z bibelotów półki. Dla zabicia czasu włączył laptopa. Z powodu genetycznie uwarunkowanej ciekawości do antyków przejrzał popularny internetowy serwis aukcyjny. Bezwiednie wpisał w wyszukiwarkę hasło: Budda. Już po chwili oczekiwania na ekranie jego monitora ukazały się całe zastępy podobnie wyglądających figurek. Przeglądał je pobieżnie i bez zainteresowania do momentu, w którym jego wzrok nie zatrzymał się na uśmiechniętej doskonale mu znajomej, rzeźbionej twarzy.

 

Nie miał najmniejszych wątpliwości, że jest to figurka, z którą rozstał się ostatnio w tak dramatycznych okolicznościach. Zdjęcie było bardzo wyraźne i ukazywało dokładnie najmniejsze detale oferowanego do sprzedaży przedmiotu. U podstawy figurki Mieczysław D. zauważył charakterystyczne uszkodzenie, które powstało przed kilkunastu laty w wyniku przypadkowego upadku przedmiotu na podłogę. W jeszcze większe zdumienie wprawiła go jednak określona przez sprzedawcę cena. Była nieporównywalnie niska w stosunku do rzeczywistej wartości antyku. Było na to tylko jedno wytłumaczenie. Sprzedający nie znał zapewne wartości przedmiotu, który zamierzał sprzedać. Ofertę zamieścił więc zapewne nieprofesjonalny sprawca włamania i kradzieży, którego sugerował śledczy, lub osoba bezpośrednio z tym sprawcą powiązana.

< 1 2 3 4>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze

[fbcomments]