Aby odzyskać Buddę i inne skradzione przedmioty wystarczyło zgłosić swoje odkrycie śledczemu prowadzącemu te sprawę. Mieczysław D. nie miał problemu z podjęciem decyzji. Na policję oczywiście nie zadzwonił. Wiedział, że po odzyskaniu figurki zostałby zobligowany do zwrotu wypłaconego za nią odszkodowania. Gdyby jednak kupił przedmiot za tak niską jak w ofercie cenę, miałby Buddę na półce, a odszkodowanie w kieszeni. Dodatkowo, zeznania złożone przez aresztowanych sprawców mogłyby wykazać, że przedstawiona przez doktora D. lista skradzionego mienia jest zdecydowanie za długa.

Mieczysław D wylicytował przedmiot i przystąpił do zapłaty za przesyłkę. W chwili, gdy już miał „kliknąć” wykonanie przelewu zwrócił uwagę na nazwisko odbiorcy. To było znajome nazwisko.

 

Na wyciągnięcie ręki

– Otwieraj, ty wredny złodzieju! – rzucił na przywitanie doktor D.

Łukasz K. nie zareagował, a nawet zatrzymał się w połowie drogi dzielącej go od swojego domu do furtki wejściowej. Wymachujący pięściami tuż za ogrodzeniem doktor D. nie zapowiadał miłej, sąsiedzkiej wizyty.

– Czego pan chce? – wykrzyczał z bezpiecznej odległości.

– Oddawaj Buddę, ty wredny złodzieju! – sprecyzował swoje żądanie doktor D. podtrzymując jednocześnie swoją negatywną opinię o synu sąsiadów.

Łukasz K. był człowiekiem młodym, ale w świecie, a przynajmniej w półświatku obytym i wiedział, że o tak delikatnych sprawach jak kradzione „fanty”, jeżeli już trzeba rozmawiać, to lepiej to robić po cichu.

– Niech pan przestanie się wydzierać to pana wpuszczę i porozmawiamy – zaapelował do wciąż wymachującego pięściami Mieczysława D.

Ponieważ doktor D. wymachiwać przestał, a nawet jakby się uspokoił, został na teren wpuszczony. Panowie zasiedli w ogrodzie. Rozmowa początkowo się „nie kleiła”, bo pan doktor zaczął od podkreślenia wspomnianej wcześniej wrednej cechy charakteru Łukasza K. Gdy już temat wyczerpał, przeszedł do konkretu, czyli do żądania zwrotu drogocennej figurki. Ujawniając przy okazji wartość przedmiotu, bardzo nisko ocenił predyspozycję Łukasza K. do wykonywania przez niego zawodu złodzieja antyków wymagającego przynajmniej podręcznikowej wiedzy. Łukasz K. nie protestował, a nawet nie poczuł się urażony posądzeniem o luki w wykształceniu. Był młodzieńcem bez kompleksów i akceptował siebie takim, jakim był. Od razu poszedł do domu i po chwili przyniósł małego Buddę.

– Cały i zdrowy – powiedział z dumą wręczając figurkę Mieczysławowi D.

Dodał jednocześnie, że może i jest nieukiem, ale i nie jest złodziejem i doktorskie oskarżenia zostawiają plamę na jego młodym honorze.

Szczerze opowiedział doktorowi o hucznych imieninach, które urządził w jego domu. Także o tym, że żadnego włamania nie było, a jedynie prawie „niewinna”, spontaniczna kradzież.

Usiłował nawet przekonać doktora, że figurkę zabrał tylko po to, aby się nią zaopiekować, bo gdyby na miejscu została, to doskonała okazja na odszkodowanie, które doktor z pewnością za nią odebrał, zwyczajnie by się zmarnowała.

– A jeżeli już rozmawiamy o pieniądzach, to może mógłby pan „rzucić kasą” za przechowanie i coś za tę plamę na honorze – zaproponował Łukasz K. na zakończenie mrożącej krew w doktorskich żyłach opowieści.

Mieczysław D. nie uwierzył w uczciwe intencje młodego człowieka i jego „opiekę” nad małym Buddą. Zdecydowanie obce było mu też „rzucanie kasą” za nic, już raczej wręcz przeciwnie, bliższe mu było jej „łapanie”. Zgodził się jednak coś tam „rzucić” w zamian za zdawałoby się niewiele, bo za milczenie Łukasza K.

Doktor D. zaniósł Buddę do domu, postawił na półce, zamknął drzwi na klucz i pojechał robić to, co lubił robić najbardziej, czyli zarabiać pieniądze. Klucz od domu zabrał tym razem ze sobą, a dom pozostawił pod opieką losowi, który jest jak wiadomo jest ślepy i na stróża się nie nadaje.

 

Mały Budda-duży kłopot

Nie minęło nawet dwa tygodnie, gdy Doktor D. otrzymał telefon od znanego mu już policjanta.

– Musi pan natychmiast wracać! Złapaliśmy złodziei, którzy włamali się do pańskiego domu!

Mieczysław D. wracał do kraju pełen obaw. To, że został okradziony, było pewne podobnie jak to, że żadnego włamania nie było. Jeżeli złodzieje zostali aresztowani, to z pewnością zeznali, że kradzież nastąpiła spontanicznie, na pożegnanie hucznej imprezy, a nie w wyniku włamania. Policjant wyraźnie jednak wspomniał o włamaniu.

Doktor D. wiedziony ciekawością, prosto z drogi pojechał na komisariat. Tam znajomy śledczy zaprowadził go do znanego mu już pokoju. Policjant wyjaśnił, że włamanie jednak było. Następne. Włamywacze włamali się tym razem przez małe okienko w garażu. Gdy weszli do domu, zadziałał system alarmowy. Grupa interwencyjna ochraniającej dom firmy ochroniarskiej błyskawicznie dotarła na miejsce i ujęła włamywaczy w trakcie włamania.

– Nie zdążyli uciec i z domu nic nie zginęło –powiedział śledczy podając doktorowi wyjęte z koperty zdjęcie. – A nawet jakby trochę przybyło!

Mieczysław D. spojrzał na fotografię doskonale znanej mu figurki Buddy, który zdecydowanie nie rozumiejąc powagi sytuacji, uśmiechał się z półki w jego salonie.

– Może mi pan wyjaśnić, w jaki sposób skradziona kilka tygodni temu figurka Buddy znalazła się na swoim miejscu?

Ponieważ pan doktor Mieczysław D. nie potrafił tego wyjaśnić, a nawet przestał w ogóle cokolwiek wyjaśniać, został zatrzymany do wyjaśnienia.

 

< 1 2 3 4>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze

[fbcomments]