Lekcje doskonalenia śpiewu były tylko przykrywką. Podczas „muzycznych” spotkań 43-letni lubieżnik robił co chciał z 15-letnią dziewczynką.Sprawiał wrażenie nauczyciela z krwi i kości. Dzieciaki naprawdę lubiły jego zajęcia. Być może miał na to wpływ sam przedmiot zajęć – gdyby Bogdan S. prowadził lekcje matematyki, a nie muzyki, prawdopodobnie nie cieszyłby się taką popularnością.

Być może pedagog miał w sobie faktycznie to „coś” – potrafił skupić uwagę dzieci, w ciekawy i interesujący sposób przekazywał wiedzę, był zawsze otwarty na głosy i pomysły uczniów. Równolegle grał w zespole muzycznym, uczestniczył w festiwalach. Miał pasję, którą dzielił się z uczniami podczas lekcji.

Przez wiele lat pracował jako nauczyciel muzyki w szkole podstawowej. Teraz postanowił spróbować swoich sił również z nieco starszymi uczniami. W 2010 roku dostał dodatkową posadę nauczyciela muzyki w jednym z gimnazjów w Głogowie.

Bogdan doskonale znał opinie innych kolegów-nauczycieli, którzy przekonywali go, że gimnazjum to już nie to samo, co dzieciaki z podstawówki. – Po co ci brać jeszcze gimbazę? – pytali. On jednak czuł się nieco wypalony samą pracą w podstawówce. Szukał jakiegoś nowego wyzwania, bodźca, coś ciągnęło go do tego środowiska. To „coś” już po roku pracy zaprowadziło go prosto na ławę oskarżonych…

 

Młoda chórzystka

Zaczęło się, jak zazwyczaj w tego typu przypadkach, od bardzo niewinnych, niepozornych gestów. Większości osób obserwujących sytuację z zewnątrz początkowo nie przyszłoby do głowy wiązanie tych zachowań z czymś niegodnym pedagoga, czymś podszytym nieczystymi intencjami.

Nauczyciel wkrótce po rozpoczęciu pracy w gimnazjum chciał się pokazać dyrekcji z jak najlepszej strony. Wpadł na pomysł założenia szkolnego chóru.

Świetny pomysł, panie Bogdanie! Proszę działać! dyrektor dał zielone światło, widząc w chórze szansę na dodatkową promocję szkoły.

Muzyk zwerbował do chóru grupę dobrze rokujących uczniów – chłopców oraz dziewcząt o ładnej barwie głosu. Raz w tygodniu w godzinach popołudniowych organizował próby. Do chóru zgłosiła się również Patrycja Z. Miała wówczas 14 lat.

Patrycja była spokojną, ułożoną dziewczyną. We wrześniu 2010 roku zaczęła ostatnią, trzecią klasę gimnazjum. Za rok zamierzała iść do jednego z głogowskich liceów.

Zdaniem nauczyciela nastolatka miała bardzo ładny, dziewczęcy, delikatny głos. Uważał, że ma talent i zdecydowanie powinna go rozwijać. Cieszył się z jej udziału w zajęciach chóru. Dlatego też miał wykazywać większe zainteresowanie właśnie jej osobą i jej problemami.

Patrycja Z. pochodziła z rozbitej rodziny, co z pewnością miało istotny wpływ na ukształtowanie jej osobowości. Dziewczyna wykazywała typ osobowości zależnej, przywiązywała istotną wagę do relacji międzyludzkich, nie chciała, wręcz bała się jakiegokolwiek odtrącenia – relacjonował psycholog na podstawie późniejszej obserwacji nastolatki.

Czy właśnie te cechy osobowości perfidnie wykorzystał nauczyciel dla zaspokojenia własnych potrzeb? Czy może – zdając sobie sprawę z trudnej sytuacji w domu rodzinnym dziewczyny – faktycznie chciał na początku w jakiś sposób jej pomóc, a potem, jak przekonywał: „wszystko potoczyło się samo”?

Muzyk kilkakrotnie zostawał z Patrycją po próbach na indywidualne lekcje śpiewu, za które nie chciał od niej żadnych pieniędzy. Gdy dziewczyna dwa razy z rzędu musiała wyjść w połowie próby, aby szybko wrócić do domu i zająć się młodszym bratem – Bogdan sam zaoferował jej podwiezienie autem.

Gdy szkolny chór szykował się na powiatowy konkurs, nauczyciel ufundował nastolatce strój chórzystki, choć inni musieli kupić sobie taki z własnych środków.

– Coraz bardziej się do niej zbliżał, coraz większą poświęcał jej uwagę. Z czasem wręcz zaczęło się rzucać w oczy, że akurat Patrycję pan Bogdan traktował w szczególny sposób. Jedni mówili, że jest po prostu jego pupilką, ulubioną uczennicą, utalentowaną chórzystką. Inni widzieli  w tym już coś więcej. Jak się okazało, ci drudzy mieli rację… – komentował na forum internetowym były uczeń szkoły.

Patrycja nie odtrącała pomocnej dłoni wyciąganej przez nauczyciela. Nie miała nic przeciwko, gdy oferował jej podwiezienie autem, cieszyła się, gdy bez okazji sprezentował jej książkę poświęconą śpiewaniu. Jak sama zeznawała później w obecności psychologa: lubiła pana Bogdana. Czuła się przez niego doceniana, wyróżniana. Dobrze czuła się w takiej roli. Nauczyciela traktowała jako swojego dobrego ducha i „równego gościa”. Po lekcjach korespondowała z nim na portalach społecznościowych. Początkowo o śpiewie i muzyce, potem już o najróżniejszych, życiowych sprawach. Miała do niego zaufanie.

 

– Rodzą się pytania: czy dobroć pedagoga była wyrazem autentycznej troski, czy też była perfidnie zaplanowaną grą, aby zaciągnąć nastolatkę do łóżka? – stawiał pytanie śledczy zaangażowany w sprawę.

 

Dźwięki rozpusty

To było deszczowe popołudnie, marzec 2011 roku. Patrycja po lekcjach wybiegła w strugach deszczu ze szkoły na przystanek autobusowy. Nie miała parasola, więc wystarczyło kilka chwil, aby przemokła do suchej nitki. Bogdan wiedział, o której dziewczyna kończy zajęcia i w tych godzinach czekał na nią w aucie na parkingu nieopodal szkoły. Chciał zrobić jej niespodziankę, proponując podwiezienie do domu.

1 2 3>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze