Miejsce po nim zajął listonosz imieniem Tim, a gdy on się też przeraził i uciekł, przez dom Diane przewinęło się kilku kolejnych kolegów z pracy.  W urzędzie pocztowym roiło się od mężczyzn, niemal każdy z nich był żonaty, chętny do wykonania skoku w bok, do szybkiej i niezobowiązującej przygody erotycznej z listonoszką jawnie otwartą na wszystkie propozycje. Spodziewali się uległej słodkiej blondynki, a dostawali się pod władzę dominującej wariatki. Nikt nie wierzył w krążące opowieści na temat jej zwyczajów erotycznych i sadystycznych zachowań w łóżku, dlatego jeden po drugim ciągnęli do niej jak do miodu, by potem równie szybko rejterować z pogryzieniami szyj i warg oraz bolesnymi zadrapaniami pośladków oraz pleców. Ponieważ jednak wyglądało na to, że niemal cała męska załoga musi przez to przejść, Diane nie mogła się uskarżać na brak zajęcia. Biorąc na siebie taki przerób, była jednak stale ostrożna i upewniała się w kwestii stosowania zabezpieczeń. Chroniła swą macicę, jako cenne narzędzie pracy surogatki.

 

W roli bizneswoman

Przygotowywała się bowiem do ponownego „skoku na kasę”, czyli zarobienia kolejnych 10 tysięcy dolarów za wypożyczenie brzucha na dziewięć miesięcy. Była w stałym kontakcie z kliniką płodności w Kentucky, lecz ku swojemu zaskoczeniu nie była w stanie zajść w ciążę. Pomimo kilkakrotnych prób inseminacji nie potrafiła powtórzyć sukcesu. Przyczyniły się zapewne do tego wszystkie stresy i zawirowania jej burzliwego stylu życia.

Wpierw oddała nowy dom Stevenowi, otrzymując od niego zwrot tych pięciu tysięcy dolarów pożyczonych na wieczne oddanie od kolegi listonosza. Dodała te pieniądze do dziesięciu tysięcy za usługę surogatki i kupiła (już tylko na swoje nazwisko) przewoźny domek z prefabrykatów, w osiedlu bliźniaczych domków na przedmieściu Chandler. Po kilku miesiącach szczęśliwego w nim pomieszkiwania domek stanął w płomieniach, ale nie spłonął cały. Późniejsze śledztwo wykazało, że było to planowane podpalenie, wykonane dość umiejętnie przez Stevena w zmowie z Diane, dla wyłudzenia wysokiego odszkodowania ubezpieczeniowego. Po pożarze Diane zamieszkała z dziećmi u byłego męża, nie zmieniając niczego w dotychczasowym stylu życia. Pod koniec lata zaraziła się chorobą weneryczną, co było naturalną konsekwencją burzliwych romansów z załogą urzędu pocztowego i mogło się przyczynić do braku spodziewanych rezultatów w klinice płodności.

Choć – jak zwierzyła się raz Stevenowi – okresowo nachodziły ją myśli samobójcze, Diane umiała się wyprostować, by natychmiast wymyślać nowe plany na życie. Ludzie patrzyli na nią okrągłymi ze zdumienia oczami, gdy listonoszka z całym przekonaniem malowała przed nimi swą bajeczną przyszłość: pójdzie na studia medyczne; będzie uznaną lekarką; zamieszka w ogromnym domu, z mężczyzną już teraz starannie wytypowanym. Jej rozmówcy pukali się czoło, lecz ona wcale nie zamierzała budować zamków na piasku.

 

Zapragnęła zgarniać bogactwo właściwie od razu, uprzedzając długie lata zdobywania dyplomów.

Przecież jeżdżąc już drugi rok do kliniki w stanie Kentucky rozpracowała co do najdrobniejszego szczegółu wszystkie sekrety przemysłu płodności, więc teraz wie, jak się na tym zarabia. Nie będzie więc dzielić się swym brzuchem z pośrednikami, tylko sama otworzy swój własny biznes. Zostanie dyrektorem, a zarazem główną dostarczycielką niemowląt w swej własnej fabryce dzieci. Na początek zatrudni do rodzenia Kathy, swą siostrę, a potem da ogłoszenia na całe Stany i będzie osobiście przesiewać zgłaszające się surogatki, wybierając wyłącznie młode kobiety, gotowe poświęcić się sprawie nie tylko dla pieniędzy.

 

* * *

Ludzie przestawali się pukać w czoło, w miarę jak Diane Downs zamieniała słowa w konkrety. Na początku 1983 roku wynajęła parter domu przy głównej ulicy miasteczka Tempe i otworzyła klinikę Arizona Surrogate Parenting, z imponującym szyldem i papierem firmowym do korespondencji. Ponieważ była to jedna z nielicznych tego typu klinik w stanie, od razu zainteresowały się nią media. Diane udzieliła obszernego wywiadu reporterce „Arizona Republic”, głównej gazecie stanu, wydrukowanego następnie wraz z jej ogromną fotografią w stroju typowej kobiety biznesu. Poszedł za tym wywiad w lokalnej gazecie miasteczka. W obu wywiadach Diane z dużym przekonaniem grała rolę ekspertki w temacie zastępczego macierzyństwa, wypowiadając się ze współczuciem o kobietach pozbawionych przez naturę możliwości wydania na świat własnego potomstwa i oferując w swej klinice fachową pomoc za niewygórowane honoraria. O finansach nie wspomniała ani słowem, bo z jej wyliczeń wynikało, że jako właścicielka kliniki oraz inkubator w jednej osobie na każdym urodzeniu zarobi 30 tysięcy dolarów. Przechwalała się jednak tym, że jej klinika już od początku działa z planowanym rozmachem: ma mnóstwo kandydatek na surogatki, kontrakty już podpisane, dzieci w drodze.

< 1 2 3>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze