Wszystko to było żałosną fikcją i jednym wielkim łgarstwem, na które nie dali się nabrać nie tylko ludzie z najbliższego otoczenia, ale również kobiety jej wrogie, przeważnie żony listonoszy, wyczekujące na jej pierwszy poważny fałszywy ruch. Prym wśród nich wiodła Eliza Smith, cierpliwa małżonka listonosza imieniem Herbert, z którym Diane postanowiła związać się na całe życie. Gdy tylko wpadły jej w ręce te gazety, Eliza zadzwoniła do kliniki w Kentucky i przeczytała właścicielowi wszystkie brednie wypowiedziane przez Diane, dodając od siebie tylko to, co wie o rozsiewanej na poczcie chorobie wenerycznej. Wywołało to natychmiastowe konsekwencje. Z Diane Downs rozwiązano kontrakt na rodzenie. Równie szybko wyszła na jaw prawda o „jej klinice”. Niespełniony plan czerpania ogromnych zysków z produkcji dzieci okazał się jej pierwszym bolesnym przebudzeniem w długim paśmie snów.

 

Prawdziwy mężczyzna

Kolejnym snem był listonosz Herbert Smith,  od kilku miesięcy uwikłany w jednoznaczny rodzaj stosunków z Diane. Wysoki i barczysty, brodaty i wąsaty był dla niej ideałem prawdziwego mężczyzny. Opierał się jej dość długo, bo przez dwa miesiące. Przepuszczając przez swoją sypialnię oraz wynajmowane motelowe pokoje niemały zastęp kolegów z pracy, Diane trzymała go w zasięgu wzroku, w ekscytującej rezerwie, czekając tylko na właściwy moment, by ogłosić go królem swego życia.

Dla wysłanników prokuratora z Oregonu ten ostatni listonosz w życiu Diane Downs okazał się źródłem niezwykle cennych informacji, pozwalających na zrozumienie jej osobowości, a także dramatu jej dzieci. Detektywi od razu potwierdzili jego alibi. To nie on strzelał do całej czwórki na wiejskiej drodze w Oregonie, gdyż wieczór 19 maja przesiedział z żoną przy barze w West Chandler Tavern, opijając fakt, że kobieta próbująca zniszczyć mu życie znajduje się już daleko od Arizony.

Herbert nie ukrywał swej godnej pożałowania słabości do Diane i braku wystarczająco silnej woli, by stawić jej opór oraz wybić z głowy wizje związku na całe życie. Przecież musiał chyba wysyłać do niej jakieś sygnały, musiał stwarzać jakieś iluzje, by Diane w lutym 1983 roku mogła snuć w swoim pamiętniku aż takie mrzonki: „Dziś nie mogłam uwierzyć własnym uszom. Herbert powiedział, że zdecyduje się na zamieszkanie z moimi dziećmi (i, oczywiście, ze mną) pod jednym dachem. Potem od razu dodał, że chodzi mu o poślubienie mojej dupy. Ja natomiast nie mam wątpliwości: potrafię go przekonać do pozostałej reszty, do całej mnie. Jestem teraz taka szczęśliwa! Przecież niewiele dzieliło mnie już od myśli o jego panice, o chęci ucieczki, o wycofaniu się z tego związku, a tu on chce się żenić i zaakceptować moje dzieci. Lecz teraz, zanim oszaleję z radości, powinnam zatrzymać się na chwilę i ochłonąć. Co się stanie, gdy on się jeszcze zastanowi i zmieni decyzję? Mam nadzieję, że do tego nie dojdzie, bo przecież kocham go tak bardzo…”.

Tadeusz Wójciak

Na kolejną część historii o dramatycznych wydarzeniach ze Stanów Zjednoczonych zapraszamy już jutro. Nie przegap!

< 1 2 3

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze