W terminalu przylotów na międzynarodowym lotnisku im. F. Chopina w Warszawie, kłębił się tłum ludzi oczekujących na przylot członków rodzin, przyjaciół lub znajomych. Pan Andrzej stał nieco z boku, czekał na przylot żony z Paryża. Samolot miał piętnastominutowe opóźnienie, więc dla zabicia czasu spacerował po sali przylotów, zatrzymując się co chwilę w różnych miejscach.

Zza rozsuwających się drzwi hali odbioru bagaży, zaczęli właśnie tłumnie wychodzić pasażerowie samolotu z Mediolanu, który wylądował przed kwadransem. Wśród wychodzących wyróżniała się grupa japońskich turystów. Za nimi wychodzili kolejni pasażerowie, wśród których pan Andrzej zwrócił uwagę na kilku czarnoskórych, młodych mężczyzn, grupę dziewcząt w sportowych dresach z barwami znanego klubu, oraz na kilku eleganckich dżentelmenów, wyglądających na zamożnych biznesmenów. Nie chcąc zawadzać tej ludzkiej ciżbie kierującej się do wyjścia na zewnątrz, pan Andrzej przeszedł na drugą stronę sali w okolice barku kawowego.

W pewnej chwili jego uwagę zwrócił młody, śniadolicy mężczyzna, który z niewielkim neseserem w ręku i foliową torbą z napisem „Duty Free”, stanął przy jednym kantorów wymiany walut. Chwilę się jakby zastanawiał, po czym skierował się do małej kawiarenki i zamówił kawę. To był jeden z tych biznesmenów, którzy przed kilkunastoma minutami przylecieli z Mediolanu. Neseser i foliową torbę postawił na podłodze. Niespiesznie popijając kawę, uważnie omiatał wzrokiem salę przylotów. W pewnym momencie podniósł neseser i szybkim krokiem skierował się do wyjścia. Plastikowa reklamówka pozostała przy kontuarze z gazetami.

W pierwszej chwili pan Andrzej, który kątem oka obserwował tego mężczyznę, chciał pobiec za tym człowiekiem, żeby mu powiedzieć, że zapomniał o swoim bagażu. Jednak w tej samej chwili – pomny terrorystycznego zagrożenia – w jego głowie „zadźwięczał” dzwonek alarmowy. Jak błyskawica przeleciała mu myśl, że w tej plastikowej torbie może być bomba. Nie namyślając się ani chwili, szybko podszedł do funkcjonariuszy ochrony lotniska i opowiedział im o swych spostrzeżeniach. Jeden z funkcjonariuszy natychmiast podszedł do plastikowej reklamówki, zaś drugi przez radiotelefon powiadomił dowódcę o ewentualnym zagrożeniu.

Funkcjonariusz nachylony nad pozostawionym bagażem, zobaczył wewnątrz torby telefon komórkowy połączony kablami z jakimś pakunkiem. Natychmiast ogłoszono alarm. Funkcjonariusze błyskawicznie zabezpieczyli teren, ewakuowali wszystkie osoby będące w niebezpiecznej strefie, zamknęli wjazd do terminalu i sprowadzili pirotechników. Na szczęście bomba nie wybuchła i policyjni eksperci za pomocą zdalnie sterowanego robota umieścili podejrzany pakunek w specjalnej beczce i wywieźli z terenu lotniska. W tym samym czasie inna policyjna ekipa zabezpieczała ślady przestępcy w kawowym bistro i na pokładzie samolotu.

Kilka godzin później okazało się, że w plastikowej reklamówce była ukryta prawdziwa bomba zrobiona domowym sposobem. Z nieznanych przyczyn terrorysta nie zdołał odpalić ładunku. Całe to urządzenie przykryte było saszetką zawierającą przybory do golenia, szczoteczkę do zębów i grzebień.

Policja musiała za wszelką cenę wytropić i zatrzymać niebezpiecznego terrorystę. Dysponowała portretem pamięciowym sprawcy, sporządzonym na podstawie opisu pana Andrzeja, który jako naoczny świadek podał taki rysopis: – „Mężczyzna wyglądający na 27-30 lat, o wzroście około 175 cm, szczupłej budowy ciała, w okularach o czarnej, rogowej oprawie, twarzy pociągłej o ciemnej karnacji skóry, włosy czarne, wąsy i niewielka broda, również czarne”. Natychmiast zablokowano wszystkie przejścia graniczne w kraju i opublikowano list gończy z portretem pamięciowym terrorysty.

Po kilku dniach poszukiwań w całej Polsce, policja zatrzymała trzech mężczyzn, którzy mogli być sprawcami nieudanego zamachu. Co prawda nazwisko żadnego z nich nie figurowało na liście pasażerów samolotów lądujących tamtego dnia na Okęciu, to jednak funkcjonariusze podejrzewali, że sprawcy mogli posłużyć się fałszywymi paszportami na inne nazwisko. Na plastikowej torbie, ani na żadnym przedmiocie stanowiącym jej zawartość, nie udało się odnaleźć odcisków palców. Sprawca działał z premedytacją i najprawdopodobniej zatarł wszelkie ślady. Zarządzono okazanie wszystkich trzech podejrzanych panu Andrzejowi. Każdemu z nich świadek przyglądał się uważnie przez lustro weneckie, jednak w żadnym nie rozpoznał sprawcy, bowiem pierwszy z nich był łysy, a dwaj pozostali byli blondynami. Żaden z nich nie nosił okularów, nie miał śniadej twarzy i oczywiście nie miał wąsów ani brody.

Eksperci policyjni ustalili też, że (nie licząc łysego) żaden z pozostałej dwójki nie miał obecnie przefarbowanych włosów. W tej sytuacji wydawało się, że śledztwo utknęło w martwym punkcie, a trójkę zatrzymanych trzeba będzie zwolnić.

Na szczęście tak jednak nie było. Policja miała jeszcze przynajmniej sześć sposobów identyfikacji bandyty.

Jakie to sposoby?

 

Rozwiązanie zagadki kryminalnej na kolejnej stronie.

1 2>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze