Bydgoski sąd okręgowy nie uwzględnił apelacji złożonych przez obrońców w sprawie byłych stróżów prawa Bartłomieja K. i Patryka B. Nie będzie drugiego procesu.

– Sąd potrzymał wyrok. Nie podzielił argumentów podnoszonych przez obrońców oskarżonych – mówi mec. Magdalena Wełnic, pełnomocnik poszkodowanego w sprawie.

Wyrokiem, który zapadł w maju w Sądzie Rejonowym w Bydgoszczy, dwaj oskarżeni byli policjanci komisariatu w bydgoskim Fordonie, Bartłomiej K. i Patryk B. zostali skazani na 10 miesięcy pozbawienia wolności. Będą musieli również zapłacić po 2 tys. zł tytułem zadośćuczynienia.

Na wtorkowej rozprawie apelacyjnej sąd tylko w jednym miejscu zmienił werdykt. Pierwotnie byłych mundurowych objęto czasowym zakazem „pracy w policji”. Sąd zmienił brzmienie tego punktu na zakaz „służby w policji”.

Sprawa dotyczy interwencji z nocy 5 listopada 2017 roku w bydgoskim Fordonie.

Policjanci zatrzymali wtedy braci Grzegorza i Jeremiego P. Mężczyźni mieli pić piwo idąc chodnikiem. Bracia twierdzą, że kiedy nie zgodzili się wylegitymować policjantom, stróże prawa użyli wobec nich siły. Jeden miał zostać rzucony na ziemię, drugiemu naciągnięto na twarz czapkę. Obu przewieziono na komisariat. Po spędzeniu nocy w izbie zatrzymań P. wypuszczono. Następnego dnia w mediach pojawiły się zdjęcia Jeremiego P. z poważnie wyglądającymi obrażeniami twarzy.

Oficjalne stanowisko policji po zdarzeniu było takie, że pokrzywdzony dokonał samookaleczenia, uderzając głowa w biurko, przy którym go posadzono.

Jeremi P. z kolei twierdził, że został pobity przez funkcjonariuszy.

Prokurator Adam Kuraś żądał wobec mundurowych 10 miesięcy pozbawienia wolności i 10 tys. zł zadośćuczynienia wypłaconych solidarnie oraz czasowego zakazu wykonywania zawodu policjanta.

– Zgromadzony materiał dowodowy, w szczególności nagranie audio potwierdza wersję zdarzeń pokrzywdzonego, który mówił o naciągnięciu czapki na głowę i o powstałych obrażeniach – zaznaczał prokurator po zakończeniu procesu.

– Żaden ze świadków nie został poinformowany jakoby w łazience na komisariacie miało dojść do samookaleczenia. Z nagrania analizowane go w toku postępowania wynika, że kask ochronny założono pokrzywdzonemu już po jakimś czasie przebywania na komisariacie.

Śledczy tłumaczył: – Umiejscowienie śladów krwi w łazience zawierających DNA pokrzywdzonego wskazuje jasno, że do samookaleczenia nie doszło w miejscu wskazywanym przez oskarżonych. Kluczowym dowodem w tej sprawie jest niezakwestionowana przez oskarżonych opinia biegłego, który wskazał, że obrażenia powstały przez uderzenia zadane tępym narzędziem, np. dłonią.

Pełnomocnik oskarżyciela posiłkowego (Jeremiego P.) odwołała się również do opinii biegłego, który stwierdził, że obrażenia u P. nie mogły powstać w wyniku przewrócenia się za bruk, czy posadzkę, czy w wyniku autoagresji. „Powstałyby inne obrażenia, m. in. otarć naskórka podbródka i w innych miejscach”.

Z kolei adwokat Krzysztof Olkiewicz podkreślał, że zatrzymani mężczyźni nie wykonywali poleceń wydawanych przez policję: – Zachowywali się wulgarnie. Na komisariacie zachowanie zatrzymanych też było niewłaściwe.

Wspomniał o wyniku postępowania wewnętrznego w policji, które wszczęto po zdarzeniach na komendzie: – W toku tego postępowania ustalono tylko, że jeden z oskarżonych nie zapewnił właściwego nadzoru nad zatrzymanym. Adwokat zaznaczył, że „dziwnym trafem” poszkodowani kilkanaście godzin po niej, kiedy zostali wypuszczeni przez policję udają się właśnie do szpitala, w którym pracuje ich ojciec. – To był najdalej od miejsca ich przebywania położony szpital. Przez tych kilkanaście godzin mogło wydarzyć się dosłownie wszystko.

Oskarżeni zapewniali o swojej niewinności.

Źródło: www.pomorska.pl

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze