Prokurator Jan Zawrotny posegregował kolejną partię materiałów do swojej książki. – Należy mi się spacer i małe piwko – odetchnął z ulgą. Od kiedy stosował technikę motywacyjną „świętuj małe sukcesy i osiągaj duże cele”, pisanie szło mu zdecydowanie lepiej.

Zwłaszcza kiedy drobne przyjemności przybierały kształt butelki piwa. W osiedlowym sklepie mógł przebierać w rodzajach: jasne, ciemne, do wyboru, do koloru. – A kiedyś człowiek się cieszył, jak w ogóle trafił na dostawę – zadumał się, przypominając sobie zaopatrzenie sklepów z okresu gospodarki nakazowo-rozdzielczej.

Były to złote czasy dla złodziei i paserów. Każdy towar znikał w mgnieniu oka. Zawrotny pracował akurat na „zesłaniu” w S., powiatowym mieście na wschodzie kraju. Okoliczne wsie dopadła plaga kradzieży. Złodzieje nie certolili się. Żadne wyrafinowane techniki à la Arsène Lupin! Podjeżdżali pod sklep, wyrywali drzwi z zawiasów albo odginali kraty w oknach. Brali, co popadło: alkohol, papierosy, konserwy i co tylko było na półkach.

Do sklepu we wsi Kamionka Wielka (będącego powodem zazdrości okolicznych mieszkańców od Kamionki Małej po Kamionkę Kolonię) złodzieje włamali się przez niewielkie okno na zapleczu. Wyrwana krata leżała na ziemi. Inne okna ani drzwi sklepowe nie zostały naruszone. Trawa pod oknem była zdeptana, zapewne przez wspólnika, który odbierał towar od włamywacza i pakował do zaparkowanego obok samochodu.

Wszystkie te okoliczności spisywali pracowicie milicjanci wezwani telefonicznie przez sołtysa. To do niego przybiegła sklepowa z prośbą o wezwanie milicji, bo jako jeden z nielicznych we wsi miał telefon.

Prawie pół godziny mi zeszło, zanim ogarnęłam czego brakuje. Do sklepu nikogo nie wpuszczałam, żeby ludzie broń Boże nie zadeptali śladów. Zaraza z tymi złodziejami – sklepowa aż trzęsła się z nerwów. – Na szybko spisałam, co ukradli – rzuciła milicjantom.

Dwaj posterunkowi popatrzyli na nią z uznaniem. Istotnie, w przypadku poprzednich włamań do wiejskich sklepów grupki ciekawskich skutecznie przeszkadzały w zabezpieczeniu śladów. Tym razem milicjanci mogli sprawnie zbadać sklep, zaplecze i teren wokół. Ze spisanego naprędce remanentu sklepowej wynikało, że brakowało butelek wódki z co najmniej czterech skrzynek, prawie stu „sztang” papierosów, konserw mięsnych i rybnych (na podłodze magazynu walały się puste kartony) oraz niedużej chłodziarki do przetrzymywania łatwo psujących się produktów. Do kantorka sklepowej milicjanci nawet nie zajrzeli, bo kasetka na utarg nie zginęła. Sklepowa dzień przed kradzieżą wywiozła utarg do banku w S.

Milicjanci nie trafili w sklepie na żadne ślady, mogące naprowadzić ich na trop włamywaczy. Za to poszczęściło im się na zewnątrz. W nocy padał deszcz i na błotnistym poboczu odcisnęły się ślady opon. Był punkt zaczepienia. W końcu ileż dostawczych aut poruszało się w okolicy. Postawiony do pionu powiatowy komendant milicji zarządził obserwację na drogach wokół Kamionek, podwładni przycisnęli informatorów, pętla się zaciskała… Jednak nie wiadomo, jak długo szajka włamywaczy wymykałaby się z milicyjnej sieci, gdyby nie pewien wędkarz z Kamionki Małej… Wybierając się bladym świtem nad jezioro, wśród kamionkowskich lasów dostrzegł dostawczego żuka. W kabinie było dwóch ludzi, obaj spali… Wolał sam nie sprawdzać co to za jedni, więc odniósł szybko wędki do domu, zaszedł do sołtysa, zadzwonili na posterunek…

Milicjanci dostali jak na talerzu: włamywaczy, narzędzia przestępstwa i łupy z kradzieży ukryte w leśnej kryjówce. Były wśród nich butelki wódki, papierosy, konserwy i sporo innych towarów konsumpcyjnych ukradzionych w wiejskich sklepach.

Po przymknięciu włamywaczy kradzieże w powiecie S. ustały jak… łomem trzasnął. Mieszkańcy odetchnęli z uglą. Milicja ogłosiła sukces. Tylko Zawrotny kończąc dochodzenie, miał wrażenie, że coś przegapił. Raz jeszcze sięgnął po akta…

     Jak sądzisz, co nie pasowało Zawrotnemu?

 

Rozwiązanie zagadki kryminalnej na kolejnej stronie.

1 2>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze