Cała sprawa nie była prosta, ani uczciwa, a ponadto Hałas potrzebował wspólniczki. Miał nawet taką na oku: studentkę Marikę, która dorabiała sobie jako opiekunka jego małych siostrzenic. Dziewczyna była inteligentna i lubiła Emila. Jednak sympatia to jedno, a udział w oszustwie to zupełnie co innego…

– Ej, Romek, zwijaj wreszcie ten majdan!
– Ale szefie, jeszcze nie ma siódmej! A szef to już tylko o imprezie myśli…
– Żebyś wiedział. W końcu to moje urodziny! Migiem zbieraj ten chłam, bo zaraz wszyscy się zjadą.
Romek westchnął. Jak w każdy piątek szef spodziewał się specjalnych gości, a okazja do imprezowania znalazła się zawsze. Obok motelu przejeżdżało jeszcze wiele aut na niemieckich numerach, a średnio co trzecie zatrzymywało się przy przylegającym do motelu sklepiku, przed którym Romek wystawiał rzędy wiklinowych koszyków, gipsowych aniołków i krasnali. Ceny były niewygórowane, klienci nie targowali się, a często zaokrąglali należność. W ten sposób, oprócz utargu, pod koniec dnia w kieszeni Romka zbierało się dodatkowe kilkadziesiąt euro. Ale jak szef każe zamykać interes, to trudno…

 

Żyje się raz

Emil Hałas szykował się do imprezy. Pretekstem do zabawy były jego urodziny, które co prawda wypadały dopiero za dwa tygodnie, ale nie miało to większego znaczenia. Liczyło się to, że pogoda była wspaniała, a majowe wieczory słodko pachniały kwieciem akacji. W dodatku mąż Karoliny wyjechał w interesach do Czech, skąd miał wrócić dopiero w niedzielę…

Karolina była wyjątkowo atrakcyjną blondynką, którą Emil bezskutecznie uwodził od wielu miesięcy, pocieszając się w międzyczasie łatwiejszymi zdobyczami.

Być może Karolina nie stawiałaby większego oporu, ale główną przeszkodą w pomyślnym rozkwicie namiętnego romansu był Jacek, piekielnie zazdrosny mąż kobiety, pilnujący jej niczym mityczny Cerber. Tego dnia Jacek był kilkaset kilometrów od domu, o czym Karolina natychmiast poinformowała Emila.
Kobieta miała przyjechać do motelu razem z Danką i jej mężem. Nie było w tym nic dziwnego, bo cała trójka należała do stałych bywalców organizowanych przez Emila imprez. Sam Jacek powierzył żonę opiece przyjaciół, którzy mieli nad Karoliną czuwać i po imprezie odwieźć ją do domu.
Czekając na gości, Emil nie pozostawiał niczego przypadkowi, a na organizowaniu imprez znał się jak mało kto. Najpierw udał się do kuchni, gdzie kucharka dekorowała jeszcze półmiski z wymyślnymi przystawkami, skontrolował temperaturę win, a na koniec pomaszerował w najodleglejszy koniec ogrodu, skąd dochodził kuszący zapach pieczonego od kilku godzin prosiaka.
Mięso zrumieniło się już apetycznie, nad czym Emil czuwał osobiście. Sprawdził jeszcze, czy szkło i zastawa rozłożone zostały jak należy na śnieżnobiałych obrusach ocienionych pergolą stołów i rozsiadł się w swoim ulubionym fotelu w oczekiwaniu na pierwszych gości.
Goście byli stale ci sami – koledzy Emila od czasów szkolnych, dziś mniej lub bardziej rzetelni biznesmeni i ich małżonki albo przyjaciółki. W tym towarzystwie Emil lubił pić na umór i bawić się cały weekend, wydając na imprezę nierzadko utarg z całego tygodnia. Wcale go to jednak nie martwiło, bo oszczędzać nie miał najmniejszego zamiaru.
– Żony ani dzieci nie mam, na co mam odkładać? Żyje się raz! – wzruszał ramionami, gdy siostry wypominały mu hulaszczy tryb życia i radziły, by się ustatkował.

 

Pechowy romans

Podczas gdy zebrani zajadali się pieczonym prosiakiem i innymi frykasami, Emil Hałas zabrał się do unieszkodliwienia opiekunów swojej Karusi. Po kilku szybkich drinkach za zdrowie solenizanta małżonkowie ledwie trzymali się na nogach, wobec czego Emil z pomocą jednego z kelnerów zaprowadził gości do motelu i osobiście ułożył ich w miękkim łożu, gdzie natychmiast zasnęli niczym niemowlęta. Do motelu udała się również dyskretnie Karolina, niecierpliwie oczekiwana przez Emila. Reszta gości, już mocno podchmielona, nie zwracała uwagi na brak gospodarza – jak zawsze bawili się tam świetnie i czuli się jak u siebie w domu.
Świtało już, gdy przed motel zajechała biała RAV4 – znana wszystkim toyota Jacka Kowala. Najwidoczniej zazdrosny mąż nie ufał do końca nikomu i po załatwieniu interesów popędził najszybciej jak się dało do motelu Hałasa, by osobiście czuwać nad cnotą swojej lekkomyślnej małżonki.

Trudno opisać jego wściekłość, gdy znalazł swoją Karolinkę śpiącą słodkim snem w objęciach Emila. Nie zważając na piski przerażonej małżonki, Kowal rzucił się z pięściami na rywala, który w stroju Adama ratował się ucieczką przez okno.

Rozjuszony rogacz popędziłby za nim niechybnie, ale widać wykoncypował, że nie ma szans dogonić i odszukać znającego swój rozległy ogród Emila. Pomrukując niczym rozjuszony byk, pogroził niewidocznemu rywalowi pięścią, małżonce wymierzył solidnego klapsa w ponętny tyłek, po czym – owiniętą w prześcieradło – zaciągnął do samochodu. Odjechał z piskiem opon, snując plany zemsty na uwodzicielu.
Zemstę Jacek Kowal zaczął od tego, że natychmiast wstrzymał dostawę gipsowych krasnali i aniołków do sklepu Hałasa. To jednak było o wiele za mało! Przed jego oczyma wciąż pojawiała się śpiąca w ramionach rywala małżonka… Zgrzytając zębami, rozmyślał o zemście dniem i nocą. Myślał i myślał, aż wreszcie wymyślił. Traf chciał, że do drzwi Kowala zapukali bracia Złotkowie, łobuzy co się zowie, którzy po opuszczeniu „sanatorium” szukali u dawnych znajomych wsparcia i szansy na zarobek.
– Kasę dostaniecie, bez obawy. Trzeba tylko postraszyć takiego jednego, z którym robiłem kiepskie interesy – oświadczył Złotkom.
Według instrukcji Kowala, Złotkowie mieli zdemolować przylegający do motelu sklepik z gipsowymi figurkami, za co biznesmen obiecał im po pięćset złotych na głowę. Niezbyt rozgarnięci, ale do dziesięciu potrafiący przecież liczyć Złotkowie szybko obliczyli, że dwa tysiące to więcej niż tysiąc:
– Jak my tę budę i jeszcze na dodatek chatę rozpirzymy, to szef pewnie dołoży drugie tyle? Jak myślisz? – ruszył rozumem starszy z braci.
– No… Pewnie tak! – zgodził się drugi ze Złotków.

1 2 3 4>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze