Smak biedy

Pewnej sierpniowej nocy Hałasa obudziło szczekanie Marsa. Psisko, najwyraźniej czymś wystraszone, szczekało co sił w płucach. Rozespany Hałas podniósł się z łóżka i wtedy poczuł swąd palącego się drewna. Jak stał, wybiegł na korytarz, gdzie swąd dymu był już wyraźniejszy i ostrzejszy…
Mimo interwencji dwóch ekip straży pożarnej ani sklepu, ani motelu nie udało się uratować. Ocalała jedynie położona w głębi ogrodu murowana altana, która teraz stanowiła jedyne schronienie Hałasa i jego psa.
Początkowo właściciel motelu nie przejął się stratą. Co prawda nie miał oszczędności, a motel nie był ubezpieczony, ale czyż nie miał zamożnych przyjaciół?
– Pożyczymy trochę tu, trochę tam i szybko się odkujemy, piesku – pocieszał osowiałego towarzysza niedoli.
Niestety, bankrut Emil miał teraz okazję na własnej skórze przekonać się o prawdziwości przysłowia, że przyjaciół poznaje się w biedzie. Po stracie motelu wszyscy jego serdeczni kumple omijali go niczym zadżumionego, a na prośbę o pożyczkę rozkładali ręce:
– Stary, pożyczyłbym ci, ale chwilowo jestem całkiem spłukany, słowo daję – tłumaczył po kolei każdy z nich, dodając do tego bajeczkę a to o interesie, który nie wypalił, a to znów o zaciągniętym kredycie.
Po miesiącu pukania do drzwi przyjaciół, Emil Hałas otrząsnął się na tyle, by zacząć zarabiać na życie. Robił to, co wielu mieszkających w pobliżu granicy – jeździł do Niemiec, gdzie znajomym mieszkającej w Dreźnie siostry podrzucał kilka wagonów marlboro, polskie wędliny i inną drobnicę, a z kolei z Niemiec przywoził luksusowe towary poszukiwane w kraju. To sprawiło, że znów zainteresowali się nim dawni znajomi:
– Cześć Emil! Podobno trochę handlujesz? Moja Ludka suszy mi głowę, by jej sprowadzić jakieś odmładzające piguły. Kupiłaby taniej przez Internet, ale ona po niemiecku ani w ząb! No a dla mnie może ściągnąłbyś parę części do merca i audicy?
Hałasowi nie w smak były te zlecenia, zwłaszcza gdy przywoził towary zamówione przez Ludkę, a wkrótce także inne kumpelki z czasów, gdy prowadził motel. Wówczas to one zabiegały o jego względy, a teraz dawały mu wyraźnie odczuć, że już nie należy do ich towarzystwa:
– O, miło że dzwonisz! Przywiozłeś wszystko według listy? To świetnie! Wpadnij jutro tak koło południa, bo dziś mamy gości – tłumaczyła na przykład Danka.
– No to fajnie, może ja też załapię się na imprezę?
– No co ty, chyba żartujesz!
– Jasne, że żartuję. Przyjadę jutro – uciął rozmowę Emil z niemiłym uczuciem, że razem z motelem stracił także przyjaciół. Ale właściwie dlaczego? Dlatego że stracił intratny biznes?

Dawne przyjaciółki niemal przy każdym spotkaniu pokazywały się od strony, której do tej pory nie znał. Niegdyś miłe i subtelne, teraz w kontaktach z „dostawcą” ukazywały Emilowi zupełnie nieznane oblicze.

– Ile mam ci dziś zapłacić? Dziewięć stów? Aż tyle! Może opuścisz parę dych po starej znajomości, bo wczoraj cztery kafle wybuliłam za jakieś rewelacyjne zastrzyki na zmarszczki… – targowała się jak przekupka Mariola.
To nie był dla Emila dobry dzień. Jeszcze nie przetrawił targującej się Mariolki, gdy w osłupienie wprawiła go propozycja Lizy:
– Emilu, ty zawsze miałeś taki piękny trawnik! Nie zajrzałbyś któregoś dnia, bo mój Patryk zupełnie się do tego nie nadaje. W tym roku już dwie kosiarki zepsuł na amen.
– Nie umiem naprawiać kosiarek – roześmiał się Emil.
– Nie o to chodzi… Może skosiłbyś nasz trawnik? Przyda ci się pięćdziesiąt złotych ekstra, no nie?
– Nie! – rozzłościł się Emil i pożegnał Lizę chłodno. – Co sobie te głupie gęsi myślą? – zżymał się po powrocie do swojej altanki, która teraz udawała salon, kuchnię i sypialnię jednocześnie.
– No, ja wam jeszcze pokażę – mruczał pod nosem, wspominając wszystkie uszczypliwości i upokorzenia ze strony Ludki, Danki, Lizy czy Marioli.

 

Haczyk z przynętą

Niepotrzebna była wyjątkowa bystrość, by spostrzec, że jego zbliżające się do czterdziestki znajome mają obsesję na punkcie zmarszczek i zachowania młodości. Fakt, że dawne przyjaciółki oddałyby diabłu duszę za cofnięcie czasu, nasunął mu pomysł, jak wyciągnąć od nich trochę grosza.
– Przynajmniej odzyskam to, co wydałem na głupie imprezy! Najlepsza whisky, najlepsze wina, frutti di mare, dziczyzna, a te babsztyle proponują mi koszenie trawnika! No to teraz mi za wszystko zapłacicie!
Pomysł przyszedł mu do głowy podczas kolejnej bezsennej nocy. Cała sprawa nie była ani prosta ani uczciwa, a ponadto Hałas potrzebował wspólniczki. Miał nawet taką na oku: studentkę Marikę, która dorabiała sobie jako opiekunka jego małych siostrzenic. Dziewczyna była inteligentna i lubiła Emila. Jednak sympatia to jedno, a udział w oszustwie to zupełnie co innego…
Emil znał już na tyle ludzi i świat, by i na to znaleźć sposób. Zaczął od końca, czyli od właściwej przynęty.
– Marika, chciałabyś zarobić jakieś dziesięć tysięcy euro? Zarobek prosty i łatwy, a kasa ci się przyda…
– Jasne! Ale chyba nie chcesz mnie wykorzystać? Mam chłopaka! – Marika podsunęła Emilowi pod nos lśniący na serdecznym palcu pierścionek zaręczynowy.
– No co ty! Nie chodzi o seks, słowo daję. Po prostu przejedziesz się ze mną na kilka dni do Polski i będziesz udawać moją narzeczoną.
– I za to dasz mi tyle forsy? Coś mi tu nie gra…
– Powiedzmy, że mam porachunki ze starymi znajomymi. Mam zamiar wyciągnąć od nich grubszą kasę.
– No, nie wiem. Forsa bardzo by się przydała, ale nie chcę kłopotów…
– Możesz być pewna, że nikt tego nie zgłosi na policję. No to jak? Zgadzasz się? Wobec tego za tydzień spakuj się i pożycz sobie paszport swojej mamy.
– Co to, to nie!
– Marika, nie bądź głupia! Wyglądasz jak młodsza siostra swojej mamy, a paszportu nie pokażesz przecież policji, tylko takiej jednej mojej znajomej. To głupia gęś, niczym nie ryzykujesz.

< 1 2 3 4>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze

[fbcomments]