Dyżurny Rejonowego Urzędu Spraw Wewnętrznych odebrał zgłoszenie o napadzie i kradzieży w jednorodzinnym domu Mariana Zaklikowskiego tuż przed godziną 23. Dzwonił sąsiad pana Mariana, u którego mężczyzna znalazł tymczasowe schronienie.

Sprawa wyglądała poważnie i na miejsce zdarzenia wysłano ekipę dochodzeniową z porucznikiem Pawłem Woźniakiem na czele. Ofiara przestępstwa była dobrze znana miejscowym milicjantom. Marian Zaklikowski prowadził jedyny w miasteczku prywatny gabinet stomatologiczny.

Nie minął kwadrans, kiedy milicyjny radiowóz zaparkował pod domem dentysty, na peryferiach miasta. Milicjanci pierwsze kroki skierowali do sąsiedniej posesji, bo tam – wedle zgłoszenia – miała przebywać ofiara napadu.

– Co się stało? Proszę dokładnie opowiedzieć o zdarzeniu. Każdy, nawet z pozoru, mało istotny szczegół, może mieć dla nas znaczenie – zaczął rozmowę porucznik Woźniak.

– Ostatniego pacjenta przyjąłem o godzinie 20.30 – stomatolog zaczął szczegółowo relacjonować wydarzenia ostatnich kilku godzin. Widać było, że strach i przerażenie już minęło, dzięki czemu można było spokojnie z nim rozmawiać. – Nie prowadzę szczegółowego grafiku, ale akurat skończył się „Wieczór z dziennikiem” i wyszedłem na chwilę do poczekalni, żeby obejrzeć pogodę na jutro. Miałem zamiar jechać na ryby, na Mazury, ze znajomymi, nie wiedziałem jak się ubrać. To nie był jakiś skomplikowany przypadek, zwykła plomba amalgamatowa. Pół godziny później pacjent, którego widziałem pierwszy raz w życiu, opuścił gabinet. W pośpiechu zapomniał parasola. Kilkanaście minut później panna Agnieszka, moja pomoc stomatologiczna, posprzątała pomieszczenie, wstawiła narzędzia dentystyczne do sterylizatora i też poszła do domu. Zostałem sam. Zrobiłem sobie kolację, nalałem kieliszek koniaczku, żeby się zrelaksować po ciężkim dniu pracy i wtedy usłyszałem jakieś skrobanie we framugę okna. Chwilę później ktoś zastukał do drzwi. Pomyślałem, że to może ten człowiek od parasola, który został w poczekalni. Nie zastanawiając się wiele, poszedłem wpuścić go do mieszkania. Kiedy uchyliłem drzwi, oszołomił mnie gwałtowny strumień jakiegoś gazu, a potężny cios w głowę powalił mnie na podłogę. Napastnicy, było ich dwóch, narzucili mi koc na głowę, związali jakimś sznurem i kopali, gdzie popadło. „Gdzie masz złoto? Gdzie masz dolary? Gadaj, jeśli ci życie miłe!” – krzyczeli. Nie wytrzymałem, w końcu wskazałem im miejsce przechowywania majątku. Na chwilę straciłem przytomność. Kiedy się ocknąłem, zamaskowani rabusie zbierali się do wyjścia, z łupem w niewielkiej reklamówce. Jęknąłem z bólu. Jeden z nich krzyknął, żeby mnie stuknąć, bo jeszcze ich wydam, na szczęście ten drugi go powstrzymał: „Co ci dziadek winien? Zostaw go. On i tak ma już dość. Pewnie ma na tyle rozumu, żeby trzymać język za zębami” – usłyszałem słowa tego drugiego. Poszli sobie. Kilka minut później udało mi się wyplątać ze sznurka, bo nie związali mnie zbyt mocno, pobiegłem do sąsiadów, poprosiłem, żeby zadzwonili na milicję. Zaopiekowali się mną, zaproponowali, żebym poczekał u nich na przyjazd radiowozu. Dopiero wtedy poczułem się bezpiecznie.

– Pan Marian wyglądał okropnie – przytaknęli sąsiedzi. – Był przerażony, prosił, żebyśmy powiadomili milicję o napadzie. Po chwili wszystko nam opowiedział. To taka spokojna okolica, strach teraz będzie samemu siedzieć wieczorami w domu. Musicie jak najszybciej znaleźć tych bandytów.

– Mogą państwo spać spokojnie, nie musimy szukać żadnych bandytów. A pan, panie Marianie, jest zatrzymany pod zarzutem składania fałszywych zeznań. Nawet nieźle pan to sobie wszystko wymyślił, chociaż nie wiem po co – stwierdził porucznik, czym zaskoczył zarówno Zaklikowskiego, jak i jego sąsiadów.

Dlaczego porucznik Woźniak podjął decyzję o zatrzymaniu Mariana Zaklikowskiego?

Rozwiązanie zagadki kryminalnej na kolejnej stronie.

1 2>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze