Gdyby skutecznie wycofał się z niebezpiecznego związku, miałby szansę na długie życie, jak jego ojciec. A tak, podzielił los przyjaciela. Dwóch weteranów, którzy uniknęli śmierci na wojnie, spotkał w cywilu ten sam straszliwy los.

Ann Woodward zastrzeliła męża 30 listopada 1955 roku, w noc Halloween. Tuż po godzinie drugiej obudził ją podejrzany hałas na dachu nad jej sypialnią, a jednocześnie odgłos kroków na korytarzu. Oszołomiona nadmierną ilością środków psychotropowych, branych na sen i na uspokojenie, zerwała się z łóżka i chwyciła strzelbę myśliwską, przygotowaną na krześle dla obrony przed włamywaczem. Otworzyła drzwi swej sypialni i bez namysłu oraz słowa ostrzeżenia oddała jeden strzał w kierunku sylwetki mężczyzny, majaczącej w mroku. Mężczyzna zwalił się z hałasem na podłogę. Podeszła chwiejnym krokiem i stwierdziła, że zabitym jest Billy, jej „największy klejnot”. Wpadła w histerię, a jej krzyk wybudził służbę.

Śmierć jednego z najbardziej wybitnych przedstawicieli wyższych sfer nosiła posmak niewiarygodnego skandalu. „Billy Woodward niczym sobie nie zasłużył na taki los…” – mówiono powszechnie, dzieląc się szokującymi faktami, a raczej domysłami. Weteran wojny na Pacyfiku, ocalały po storpedowaniu lotniskowca, zginął od śrutu używanego na ptactwo. Wystrzał zdemolował drzwi sypialni i zmasakrował prawą część twarzy wraz z uchem, co zapewne nie byłoby przyczyną niemal natychmiastowej śmierci, gdyby jedna drobina śrutu nie przedostała się do mózgu.

Morderstwo, zbrodnia z premedytacją, czy tragiczny wypadek? Wersja podana przez Ann Woodward wskazywała na tę ostatnią możliwość. Od tygodnia cała okolica milionerskiej enklawy Long Island żyła w napięciu, pod wrażeniem serii włamań dokonywanych przez tajemniczego sprawcę. Ponieważ pozostawił po sobie ślady buszowania w pobliżu Playhouse, Billy i Ann – według jej zeznań – liczyli się z jego napadem. Oboje chodzili uzbrojeni, a broń palną trzymali przy sobie w sypialniach. Tak, w dwóch oddzielnych sypialniach, bo nocy nie spędzali razem. Sprawę groźnego przestępcy oraz przygotowań do odparcia jego ataku Ann uczyniła głównym tematem na przyjęciu u przyjaciół, bezpośrednio poprzedzającym tragedię.

Podana przez nią wersja spotkała się z co najmniej niedowierzaniem. Większość ludzi z towarzystwa od razu zakwalifikowała sprawę jako morderstwo. W tej grupie wielu twierdziło, że była to zbrodnia z premedytacją. Ich zdaniem, tragedia wisiała na włosku i była naturalną konsekwencją braku rozwagi ze strony Billa, który nie tylko postanowił dzielić życie z niewłaściwą kobietą, ale nie uczynił nic, by od niej uciec, gdy już było jasne, że stanowi ona dla niego śmiertelne zagrożenie.

– Tamtej nocy nie było w pobliżu żadnego przestępcy. Nikt im nie zagrażał. Ann go sobie wymyśliła jako alibi. Nie ulega wątpliwości, że zamordowała męża z zimną krwią – stwierdziła jedna z kobiet z towarzystwa, wyrażając opinię większości.

W miarę jak upływały dni, wydobywano i przypominano fakty, wyjątkowo niekorzystne dla wdowy. W tym małżeństwie znów powrócił temat rozwodu. Trwały kłótnie i bijatyki. 20 października 1955 roku, a więc zaledwie miesiąc przed śmiercią, Billy poleciał do montowni  samolotów sportowych Helio w Kansas City, by wybrać dla siebie najnowszy model.

– Lecę tam, aby wyszperać wszystkie brudy na Ann – żartował w rozmowie z jednym z przyjaciół.

Już na miejscu, w Kansas City, robił dowcipne aluzje.

–  Macie tutaj zdolnych projektantów – żartował w fabryce. – Moją żonę wyprodukowano również gdzieś tutaj, w tej okolicy…

Czekając na dostawę samolotu, Billy poszedł śladem przeszłości Ann. Odkrył zatajone przed nią fakty oraz kłamstwa, między innymi na temat jej ojca.

– Właśnie się dowiedziałem, że mój teść wcale nie umarł. Nigdy nie był pułkownikiem. Ma się świetnie i pracuje jako konduktor tramwajów, gdzieś w Detroit… – powiedział żonie przez telefon.

Zaznaczając, że kłamstwa mogą się przydać do materiału rozwodowego. Wrócił do domu nowym samolotem, ale w złym nastroju. Na przyjęciu w wieczór poprzedzający jego śmierć widać było dostrzegalne napięcie pomiędzy nim a żoną.

 

Czy jednak powracające widmo rozwodu mogło doprowadzić do morderstwa?

 

Układ z diabłem

Zdziwiłby się ktoś, kto by przypuszczał, że następstwem tragedii  będzie zemsta ze strony matki i sióstr zastrzelonego, zaś w rezultacie oskarżeń z ich strony Ann niechybnie zostanie skazana za morderstwo. Nic podobnego! W sytuacji tragedii o niewyobrażalnej skali Elsie Woodward zachowała przytomność umysłu. Na wieść o śmierci jedynaka miała od razu gotowy plan rozprawienia się ze świeżą wdową, ale w sposób całkowicie wykluczający spektakularną zemstę.

Elsie, podobnie jak reszta rodziny, ani razu nie zwątpiła w to, że Ann z premedytacją zastrzeliła Billa. Mówiąc o niej w prywatnym gronie używali słowa „morderczyni”. Elsie miała swój moment gorzkiego, czarnego triumfu.

– Doskonale wiedziałam, czym grozi związek Billa z tą kobietą, ale on nie chciał słuchać przestróg. Dzięki Bogu, jego ojciec już tego nie widzi… – powtarzała w pierwszych dniach żałoby.

„Tej kobiety z Kansas” nienawidziła z całego serca. A jednak postanowiła ratować jej skórę, stanąć po jej stronie i dla świętego spokoju zamieść wszystko pod dywan. Nie życzyła sobie, by na rozprawie o morderstwo wyszły na jaw szczegóły niezgodnego pożycia tej nieszczęsnej pary, a zwłaszcza skandaliczne fakty z rozpustnego życia jej syna.

– Zależy mi tylko i wyłącznie na uratowaniu moich wnuków. Billowi już nic nie pomoże. Chodzi o to, by ocalić chłopców przed zgubnym wpływem tej morderczyni – wyłożyła swój plan adwokatowi.

Dlatego nie wtrącała się do poczynań doradców Ann, którzy natychmiast po tragedii zdołali ochronić ją przed natarczywością policji, znajdując dla niej bezpieczne miejsce na oddziale psychiatrycznym nowojorskiego Doctors Hospital. Złożyła jej wizytę i przy szpitalnym łóżku przedstawiła swe żądania. Zrezygnuje z oskarżeń i pozwoli Ann odejść spokojnie w dalsze życie, ze wszystkimi należnymi jej korzyściami finansowymi, ale pod dwoma warunkami: nie wolno jej pokazać się na pogrzebie Billa; musi się zrzec praw rodzicielskich do Williama i Jamesa.

1 2>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze