Ann Woodward żyła jeszcze dwadzieścia lat. Oficjalne uwolnienie jej przez sąd z zarzutu zbrodni nie wpłynęło na zmianę jej sytuacji. Nigdy nie zaznała spokoju. Odsunęli się od niej wszyscy ludzie, na których jej zależało. Została strącona z wyżyn, osiągniętych poprzez mezalians. Jej twarz i sylwetka znane były z pierwszych stron gazet do tego stopnia, że ludzie wszędzie pokazywali ją palcami, a często słyszała szept „To morderczyni!”. Pozostało tylko uchodźstwo. Miała ogromne pieniądze, mogła więc wybrać dowolne miejsce na świecie i nowe towarzystwo. Nie powiodła się jednak żadna próba ucieczki od przeszłości.

Jej ulubionym miejscem wygnania stało się wybrzeże Hiszpanii. Czasem ryzykowała krótkie pobyty w Paryżu i Londynie; niekiedy korzystała z rejsów dla ludzi z wyższych sfer. Wszędzie to samo: na twarzy wielkie przyciemnione okulary, na głowie apaszka pokrywająca jej charakterystyczną fryzurę w stylu późnej Marilyn Monroe; wybór pokoju hotelowego, domku czy kabiny z daleka od ludzi. Ciągle odczuwała bolesny brak „jej klejnotu”. Miała wrażenie, jakby Billy był niezmiennie przy niej. Cierpiała na wspomnienie chwil, gdy po kolejnych rękoczynach, jeszcze nie opatrując obrażeń, biegli szybko do sypialni, by jak zwykle seksem rekompensować sobie męczarnię bycia we dwoje.

W nowej sytuacji jej wybór padał więc na młodych mężczyzn, przypominających Woodwarda z pierwszych lat ich małżeństwa. Wśród nich na dłużej zaznaczył się 24-letni brytyjski arystokrata, którego dzieliła z jego hiszpańską dziewczyną; następnie dobiegający trzydziestki, poznany w Izraelu pastor amerykańskich Mormonów; potem trzydziestoletni Anglik, były bokser, skazany za włamania; wreszcie młody Polak, przedstawiający się jako hrabia. Samotna piękność w średnim wieku, w czerwonym Alfa Romeo, wypielęgnowana, zadbana i z daleka sygnalizująca nieprzeciętny stan posiadania… Przyciągała uwagę mężczyzn, wydawała na nich pieniądze, ale na jakimś etapie kolejnej znajomości trzeba było decydować, co dalej. Kilku kochanków uciekło, gdy tylko zaczęła mówić o potrzebie posiadania mężczyzny „na całe życie”. Co najmniej jeden z nich zabrał swoje rzeczy z jej apartamentu, gdy dowiedział się o jej przeszłości. Każdemu w końcu życie miłe.

W miarę upływu lat spostrzegła, że jej synowie, wpierw William, a następnie James, osiągają wiek jej międzynarodowych kochanków. Po ukończeniu ekskluzywnej szwajcarskiej szkoły Le Rosey, gdzie spędzili cztery lata w towarzystwie synów rodzin królewskich oraz najbardziej zamożnych ludzi świata, obaj studiowali na Harvardzie, lecz dalej poszli szokująco odmiennymi drogami. William zaraz po studiach był reporterem popołudniówki „The New York Post”. Wysłany jako korespondent na wojnę w Wietnamie zasłynął z brawury, przedzierając się motocyklem w niebezpieczne rejony walk. James, hipis i romantyk o nieskrywanej orientacji biseksualnej, zaciągnął się na tę wojnę ze swym partnerem. Przeżycia wojenne, a zwłaszcza utrata przyjaciela w jednej z potyczek z Vietkongiem, poczyniła spustoszenie w jego psychice. Po powrocie z Wietnamu żył na granicy niepoczytalności, pod stałym działaniem heroiny. W środowiskach narkomanów znany był z rozdawania ogromnych ilości banknotów studolarowych oraz podgrzewania „działki” w powyginanych zabytkowych srebrnych łyżkach z rodowej kolekcji.

Niezależnie od stanu psychiki, James znęcał się nieustannie nad matką. Torturował ją częstymi listami, nawiązującymi do krążących w rodzinie niesławnych historii z jej przeszłości. Nazywał ją morderczynią i nie zważając na obecność osób trzecich zadawał jej gniewne, ciągle to samo pytanie: – Dlaczego zamordowałaś mego ojca?  Znajomym hipisom przechwalał się, że wkrótce zabije matkę, a następnie siebie.

 

* * *

Na tym etapie Ann Woodward była już strzępem człowieka. Skończyły się jej podróże i przygody z mężczyznami. Zamykała się w swym domu na Manhattanie. Okrucieństwo nieszczędzone jej przez ukochanego syna, miało swój wpływ na stan jej psychiki. Już od kilku dekad żyła na środkach psychotropowych, które w miarę, jak zbliżała się do sześćdziesiątego roku życia, nie były w stanie uśmierzyć jej poczucia winy i stanów lękowych. W październiku 1975 roku w Nowym Jorku stało się głośne, że Truman Capote, pyszniący się sukcesem swej powieści „Z zimną krwią”, napisał książkę o sprawie Woodwardów, przedstawiając Ann jako morderczynię. Druk istotnego jej fragmentu miesięcznik „Esquire” zapowiedział na 25 października.

Dla Ann była to kropla goryczy, która przepełniła czarę. 20 października 1975 roku, na pięć dni przed datą zapowiedzianej publikacji, w sypialni domu na Manhattanie zażyła cyjanek potasu.

– No cóż, zabiła mego syna, a teraz Truman Capote wykończył ją samym tylko słowem pisanym. Przypuszczam, że na tym powinniśmy zakończyć ten ponury temat! – podsumowała Elsie Woodward w pogawędce z przyjaciółkami.

James  przeżył matkę zaledwie o niecały rok. Pod koniec lata 1976 roku wyskoczył z okna  Hotelu Navarro przy Central Parku na Manhattanie. Elsie ciężko zniosła już trzeci dramat niespodziewanej śmierci w rodzinie. Umierając  14 lipca 1981 roku, po przeżyciu 95 lat, miała nadzieję, że chwałę rodu poniesie w nowy wiek jej wnuczek William III, jedyny pozostały przy życiu Woodward o charakterze mocnym jak skała, reprezentujący przymioty legendarnych przodków.

William III był ostatnim członkiem rodziny, którego w wieku 54 lat dosięgło niewytłumaczalne fatum. Fakty w jego życiorysie zaświadczają, że konsekwentnie szedł śladami przodków. Zgodnie z tradycją rodzinną, piastował funkcję zastępcy stanowego zarządcy bankowości. Równolegle do tych zajęć próbował kariery politycznej, startując do rady miejskiej Nowego Jorku oraz senatu, ale bez powodzenia.

 

Posiadał ogromny majątek, był znawcą sztuki i kolekcjonerem obrazów oraz znakomitym żeglarzem jachtowym.

Tym sukcesom nie dorównywało jego życie osobiste. Cienie rodzinnej przeszłości przyczyniły się zapewne do tego, że cierpiał na głęboką depresję maniakalną, co zrujnowało jego małżeństwo. 2 maja 1999 roku, pod koniec trzyletniej procedury rozwodowej związanej z podziałem majątku i przyszłością sześcioletniej córeczki, William Woodward III wyskoczył z czternastego piętra wieżowca na Manhattanie.

Tadeusz Wójciak

< 1 2

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze