Pani Krystyna była modelową nauczycielką języka polskiego. Nikomu nie przyszłoby do głowy, że mogłaby skrzywdzić dziecko. A jednak – wzorowa polonistka i pedagog miała dwa oblicza! Kobieta zgotowała dramat 13-letniej Ewelince – korepetycje zamieniła w wyuzdane spotkania, podczas których dobierała się do Bogu ducha winnego dziecka.

Pani Krystyna raczej niczym nie wyróżniała się z tłumu. Miała zawsze zadbaną, nienaganną fryzurę, włosy pofarbowane na kasztanowo, stosowała delikatne perfumy, charakterystyczne dla statecznych kobiet w średnim wieku. Do tego elegancki  żakiecik, którego w chłodniejsze dni zastępowała ciepła, wełniana kamizelka. Na ręce elegancka bransoletka – imieninowy prezent od siostry sprzed lat i dwa pierścionki, które miały odwracać uwagę od nieco już wysuszonej i niemal zawsze przybrudzonej kredą skóry. Na serdecznym palcu od kilku lat  niestety brakowało już obrączki.

Krystyna W. pracowała w jednej ze szkół podstawowych w Słupsku od 1982 roku. Stanęła przy tablicy, po drugiej stronie biurka niemal od razu po studiach. Przez ten czas cieszyła się nieposzlakowaną opinią, była wzorową wychowawczynią, kiedyś uczniowie przyznali jej nawet tytuł Nauczyciela Roku.

Wszyscy rodzice, którzy na zebraniach i wywiadówkach mieli do czynienia z tą kobietą, nie mogli powiedzieć o niej złego słowa. Modelowa nauczycielka języka polskiego – inteligenta, oczytana, nieco surowa, ale sprawiedliwa dla uczniów.

Z pełnym zaangażowaniem podchodząca do swojej pracy, z pasją czytająca ulubione poezje Herberta. Nie należała do tych, którzy narzekają na ciężki, nauczycielski los. Mimo niewielkiej pensji naprawdę lubiła uczyć, lubiła pracować z dziećmi, miała z nimi świetny kontakt. One również garnęły się do  pani Krysi. Wielu jej uczniów świetnie sobie radziło na olimpiadach przedmiotowych. Polonistka chwalona przez dyrekcję zawsze skromnie odpowiadała, że ona tylko pomaga, wskazuje swoim uczniom właściwą ścieżkę.

W życiu prywatnym początkowo też świetnie się jej układało. Będąc jeszcze na studiach poznała Janusza z wydziału prawa i administracji. Zaręczyli się, po dwóch latach stanęli na ślubnym kobiercu. Zamieszkali razem w Słupsku, gdzie urodziły im się dwie córki. Niestety po pewnym czasie przestało się w rodzinie układać. Coraz częstsze spory, kłótnie i konflikty doprowadziły do tego, że rodzice zdecydowali się na rozwód. Na szczęście dzieci w tym czasie były już dorosłe i wyprowadziły się do akademika na studia, więc nie odczuły tak boleśnie rozstania swoich rodziców.

 

Ból po rozwodzie

Tymczasem pani Krystyna przeżywała rozwód wyjątkowo intensywnie. Długo nie mogła się z tym wszystkim pogodzić, ciężko było się jej odnaleźć w nowej sytuacji – przygnębiały ją powroty z pracy do pustego domu, oglądanie w samotności filmów w piątkowe i sobotnie wieczory czy gotowanie obiadu tylko na jedną porcję, jeden talerz. Po tylu latach spędzonych z kimś zapowiadała się jesień życia w okrutnej samotności.

Kobieta nawet nie bardzo komu miała się wyżalić – wstyd jej było dzielić się swoimi problemami, przygnębieniem z koleżankami z pracy. Tłumiła w sobie pokłady smutku i goryczy, które z miesiąca na miesiąc, z roku na rok, urastały do coraz większych rozmiarów. Kiedyś, w jakiś sposób musiały dać o sobie znać, znaleźć ujście, które doprowadziło do dramatu…

Polonistka zawsze w pełni oddawała się pracy, a gdy rozstała się z mężem, tak naprawdę praca stała się dla niej całym życiem. Za wszelką cenę chciała zapomnieć o swoich osobistych problemach, więc szkoła, nauka i studiowanie obszernych almanachów z języka polskiego wypełniało jej każdą wolną chwilę. Kobieta brała nadgodziny w świetlicy, organizowała po lekcjach kółka polonistyczne dla wszystkich chętnych, coraz częściej zaczęła udzielać również korepetycji. Dodatkowe zajęcia z języka polskiego oferowała nie tylko swoim uczniom – za pośrednictwem rodziców na zebraniach, ale również zaczęła dawać ogłoszenia w lokalnej prasie. Za godzinę korepetycji nie miała serca brać dużych pieniędzy, więc miała naprawdę sporo chętnych. Jedną z jej uczennic była Ewelinka.

 

Uczennica z 6a

Ewelina była wzorową uczennicą, jednak język polski nie był jej mocną stroną. Zdecydowane lepiej radziła sobie w przedmiotach ścisłych, biologia i chemia były jej ulubionymi lekcjami. Na tych zajęciach brylowała, niemal na każde pytanie znała odpowiedź i zawsze chętnie zgłaszała się na ochotnika. Tymczasem zajęcia z języka polskiego wyglądały zupełnie inaczej. Ewelina raczej nie wychylała się z ławki, nie czuła się na tych zajęciach dobrze. Miała problemy ze składnym pisaniem wypracowań, na sprawdzianach zawsze brakowało jej czasu, nierzadko nauczycielka przyłapywała ją na ściąganiu od innych. Ciągle plątała jej się odmiana przez przypadki. Na ostatnim  świadectwie ledwie wyciągnęła z polskiego tróję. Tymczasem z wszystkich pozostałych przedmiotów miała czwórki i piątki.

 

To był rok 2004. Ewelina miała 13 lat i zaczęła wówczas szóstą klasę. Za rok miała zdawać do gimnazjum. Rodzice, Andrzej i Marianna chcieli, aby córka miała jak najlepsze świadectwo z paskiem, żeby bez problemów dostała się do dobrej szkoły. Wiedzieli, że dziecko doskonale radzi sobie w szkole, a jedyną jej piętą Achillesową jest ten nieszczęsny język polski.

1 2 3>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze