Przyjąłem go pod swój dach, bo nieszczęśnik zapewniał, że nie ma gdzie spać. Rano przyłapałem go, jak próbował mnie okraść. Krzyknąłem: co robisz, wynoś się z mojego domu, złodzieju. On wtedy rzucił się na mnie, próbował dusić. Wyrwałem się, złapałem nóż, kilka razy zamachnąłem się, bo bałem się, że mnie zabije. Może rzeczywiście gdzieś go zadrapałem, ale ja działałem w samoobronie…

– Karl, nie wiem o co w tym wszystkim chodzi, ale jesteś zatrzymany. Pójdziesz ze mną na posterunek. To trudna sprawa, słowo przeciwko słowu. Muszę rozpocząć oficjalne śledztwo.

– Ale jak to? – Denke jeszcze próbował się wyłgać od aresztu. – To byle włóczęga może oskarżyć niewinnego człowieka i dajesz takiemu wiarę. Pomyśl, co robisz…

– Już ty nie będziesz mnie uczył, co należy do moich obowiązków. Ubieraj się, i chodź ze mną…

Denke został umieszczony na noc w aresztanckiej celi. W niedzielne popołudnie na posterunku było tylko dwóch policjantów, więcej i bardziej doświadczonych detektywów miało przyjść do pracy dopiero w poniedziałek. Wtedy też sprawa miała się wyjaśnić. Niestety, kiedy strażnik zajrzał do jego celi, znalazł go martwego. Była godzina 22. Mężczyzna popełnił samobójstwo, wieszając się na chustce od nosa (inne źródła podają, że były to szelki albo prześcieradło). Inna rzecz, że mówiąc o chustce do nosa trzeba pamiętać, że te przedwojenne były wykonane ze lnu i miały pół na pół metra, więc… było się na czym wieszać!

 

Spokojny, porządny i przykładny sąsiad

Co pchnęło mężczyznę do tego dramatycznego kroku? Czy tak bardzo przeżywał, że jedna noc spędzona w aresztanckiej celi, może zepsuć jego dotychczasową reputację? Wszak jeśli nie miał nic na sumieniu,, nie miał się czego obawiać. Karl Denke był pobożnym chrześcijaninem, doskonale znanym w miasteczku. Często pomagał w uroczystościach pogrzebowych w miejscowym kościele, niosąc krzyż albo grając na organach, kiedy nie było organisty. Prowadził przykładne życie.

Sąsiedzi często nazywali go „tata Denke”… i mieli ku temu podstawy. – To ten człowiek, do którego idziesz, jeśli masz kłopoty, chcesz się poradzić w trudnej sytuacji życiowej albo pożalić. On ciebie wysłucha, a niekiedy udzieli jeszcze dobrej rady – mówili o nim sąsiedzi. Był typem samotnika i nie miał przyjaciół, a związki z krewnymi nie były zbyt zażyłe. Stronił od alkoholu, nie palił, nie pił oraz nie utrzymywał bliskich kontaktów z kobietami. Niektórzy podejrzewali go o skłonności homoseksualne.

Najbardziej znany był z pomocy, jakiej udzielał żebrakom, włóczęgom i strudzonym podróżnikom. Ostatecznie w historii miasteczka zapisał się z jak najgorszej strony: jako zabójca, który zabił – być może – nawet 40 osób, marynował fragmenty ich ciał, wreszcie sprzedawał jako peklowaną wieprzowinę na wrocławskich targowiskach. Ponoć był kanibalem, ale ile w tym prawdy, a ile ludzkich plotek, nigdy się już nie dowiemy.

 

Niewiele wiadomo o jego dzieciństwie. Z ksiąg kościelnych wynika, że urodził się 12 sierpnia 1870 roku w małej wiosce na Dolnym Śląsku.

Gdy w szkole okazał się najgorszym uczniem, podejrzewano, że jest opóźniony w rozwoju i sugerowano rodzicom, by oddali go do przytułku, bo społeczeństwo nie będzie miało z niego żadnego pożytku.

Kiedy miał 12 lat, uciekł z rodzinnego domu, ale następnego dnia został przyprowadzony przez policję. Ucieczki powtarzały się jeszcze kilkakrotnie. Po ukończeniu szkoły podstawowej poszedł do szkoły ogrodniczej. Uznano bowiem, że ten fach będzie dla niego najlepszy, ale Karl nie przejawiał żadnego zainteresowania tą profesją.

Kiedy miał 25 lat, zmarł jego ojciec. Razem ze starszym bratem odziedziczył niemałą jak na tamte czasy fortunę. Z otrzymanego spadku kupił niewielki dom w dzisiejszych Ziębicach. Był to szary, jednopiętrowy budynek. Denke zajmował mieszkanie znajdujące się na parterze po prawej stronie, resztę pomieszczeń wynajmował. Do niego należała mieszcząca się obok domu szopa oraz działka rolna, na której założył niewielki warzywnik.

Przez pewien czas próbował sił w rolnictwie, jednak nie szło mu najlepiej. Sprzedał więc gospodarstwo, które nie było jego żywiołem i zabrał się za handel obwoźny. Jeździł po dolnośląskich jarmarkach i targowiskach, sprzedając skóry, paski, sznurowadła. Interes ponoć szedł całkiem dobrze, bo wystarczało mu na życie na przyzwoitym poziomie.

 

Makabryczny notes pedantycznego mordercy

 Miejscowi policjanci w wigilię 1924 roku udali się do mieszkania samobójcy. Przeżyli szok. W wielkiej, masywnej szafie wisiały zakrwawione ubrania, w szufladkach kredensu leżało kilkadziesiąt dokumentów wystawionych na różne nazwiska, a na stole i szafkach pełno było odartych z mięsa ludzkich kości. Obcięte stopy, pokawałkowane ludzkie kończyny w trakcie zdzierania skóry. W mieszkaniu i stojącej obok domu szopie, znaleziono liczne naczynia z peklowanym mięsem. Nawet najdłużej pracujący w policyjnym fachu, początkowo mieli problemy z opanowaniem odruchu wymiotnego na widok tego, co ujawnili w mieszkaniu ojczulka Denke.

< 1 2 3 4>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze