Podczas odpoczynku od miłości rozmawiali głównie o swoich małżeństwach. Czy łączyło ich coś jeszcze? Janusz nie zastanawiał się zbytnio nad tym. Z czasem zaczął dostrzegać, że oprócz swojej seksualności Wioletta nie miała zbyt wiele do zaoferowania. Choć żona w sprawach seksualnych wypadała gorzej, życiowo prezentowała się dużo lepiej. Kasia była przy niej ułożoną, stabilną osobą, którą cechowała odpowiedzialność i mądrość. Janusz co prawda dostrzegał te zalety, ale ostatecznie bladły one przy gorączce rozgrzanych ciał.

 

W matni

Gdy skończyło się lato, coraz trudniej było kochankom organizować schadzki. Nadeszła jesień a wraz z nią chłody i deszcze. Spotkania na zalanej żwirowni przestawały być przyjemne. Kilka razy, zamiast oddawać się uciechom cielesnym, musieli się chować w niewygodnym samochodzie. Zdarzało się, że pogoda była tak okropna, że wręcz odechciewało się takich rozkoszy.

Na domiar wszystkiego, im dłużej się znali, tym mniej było w tym wszystkim namiętności – przynajmniej ze strony Janusza. Jego oblubienica zaczęła go męczyć, a nawet irytować. Szybko uświadomił sobie, że poza łóżkiem niewiele chciałby mieć z nią wspólnego.

Była to kobieta mało inteligentna, za to apodyktyczna. Lubiła postawić na swoim. Miała dominujący charakter i potrafiła „strzelić focha”. Dla kaprysu spóźniała się na spotkanie, tylko po to, by Janusz na nią czekał. Odstręczało go m.in. to, z jaką pogardą wypowiadała się o swoim mężu.

Z jej opowieści wywnioskował, że był to człowiek bardzo zakochany w żonie, której chciałby dosłownie „uchylić nieba”. Tymczasem ona określała go jako „starego capa”, albo mówiła o nim „mój dziad”. Naśmiewała się z niego, opowiadając intymne szczegóły ich relacji, zdradzające jego niemoc. Chwaliła się też tym,  że go wykorzystuje.

Janusz słuchał, jednak w rzeczywistości żal mu było tego człowieka, a swoją kochanką coraz bardziej się brzydził. Nie mógł jednak zerwać znajomości. Uzależnił się od przyjemnostek seksualnych, w których Wioletta była mistrzynią.

Z czasem przestały wystarczać jej jedynie spotkania w plenerze, zwłaszcza, że aura się do tego nie nadawała. Na początku przebąkiwała tylko, a później snuła coraz bardziej dalekosiężne plany. Pewnego razu pojawił się nawet temat rozwodu. Stwierdziła, że ona „swego starego” zostawi bez wahania i oczekuje, że i Janusz zrobi to samo z żoną. Zareagował zdziwieniem. Odrzekł, że nie zamierza się rozwodzić. Nawet jeśli z Kasią nie wychodzi im w „tych sprawach”, to ma jeszcze synka Mateusza, którego kocha. Wioletta, gdy to usłyszała, wpadła we wściekłość.  Zaczęła go wyzywać. Krzyczała głośno, że „nie jest dziwką i za darmo d… nie będzie dawać!”.  Darła się tak donośnie, że Janusz obawiał się, że jeszcze ściągnie kogoś na żwirownię. W końcu wsiadła w auto i odjechała z piskiem.

To był początek gehenny. Przez następne dni dostawał od niej całe serie SMS-ów. Sytuacja stała się nie do wytrzymania. By nie słyszeć ciągłych dzwonków i nie ściągać na siebie podejrzeń, całymi dniami chodził z wyłączonym aparatem. W końcu nie wiedząc co robić, umówił się na kolejne spotkanie.

Randka zmieniła się w ciąg pretensji i tłumaczeń. Wioletta na zmianę albo płakała albo krzyczała. W końcu w jej słowach zaczęły pojawiać się groźby, a wyrażenia, których używała były coraz bardziej wulgarne. – Myślałeś, kur…, że se poru… i nic? Ty ch… jeden! Albo odejdziesz od tej lafiryndy i tego bachora, albo ona się o wszystkim dowie! O wszystkim, słyszysz? – darła się tak głośno i gestykulowała na tyle agresywnie, że Janusz zaczął odczuwać strach.

– Dobrze. Rozwiodę się z Kasią. Zostawię ją, tylko proszę, nic jej nie mów – wydusił z siebie w końcu.

Rozwścieczonej kochanicy to jednak nie wystarczało. Przycisnęła go do muru. Domagała się jasnych deklaracji. Do końca listopada pozew rozwodowy miał być złożony, jeśli nie – ona zrobi wszystko co w jej mocy, by żonka dowiedziała się o romansie. Do domu wrócił pełen niepokoju. Przez następne dni żył jak w matni. Każde wyjście było złe. Ani myślał rozwodzić  się z żoną. Co prawda Kasi  już nie kochał, ale nadal ją szanował. Poza tym kochał swego synka.

Jeśli jednak się nie rozwiedzie, ta idiotka z pewnością zrobi wszystko, by rozbić mu małżeństwo. Najgorsze, że po okrutnej awanturze na żwirowni zaczął po prostu bać się jej. Zdawał sobie sprawę, że był słabszy psychicznie, dlatego nie umiał zerwać znajomości. Szantaż go paraliżował. Nadal brnął w labirynt kłamstw. W korespondencją jaką między sobą wymieniali podtrzymywał deklarację, że się rozwiedzie.

Kłamstwa rodziły nowe kłamstwa. Im bliżej było początku grudnia, tym więcej zmyślał. Pewnego razu odpowiedział jej nawet, że jest już po „trudnej rozmowie” z Kasią i że wyznał jej całą prawdę. Równocześnie odwlekał kolejne spotkanie. Twierdził, że jest chory.

W tamtym czasie bardzo żałował wszystkich seksualnych uniesień i tego, że dał się wciągnąć w tę kabałę. Pewnego dnia kochanica napisała mu, że „odchodzi od starego”. Gdy usłyszał, że ma innego, „płakał całą noc” – jak się wyraziła, ale zgodził się dać jej rozwód. Janusz uświadomił sobie, że zniszczył życie również Bogu ducha winnemu człowiekowi. Przybiło go to jeszcze bardziej.

 

Życie w strachu

Zbliżał się grudzień. Janusz nie mógł nadal udawać choroby i migać się od spotkania. Wiadomości od Wioletty znów stały się natarczywe.  Znów jak szalona słała SMS-y. W wyobraźni słyszał przeraźliwy krzyk po wyznaniu, że wcale nie ma zamiaru się rozwodzić, że to wszystko było kłamstwem… Zdawał sobie sprawę, że nie jest w stanie powiedzieć jej tego prosto w oczy. Czuł do siebie coraz większą odrazę. Jak to? On – mężczyzna, boi się jakiejś niezbyt mądrej kobiety?

< 1 2 3 4>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze

[fbcomments]