Kroniki kryminalne dawno nie odnotowały tak makabrycznej, a jednocześnie irracjonalnej zbrodni. 27-letni Kajetan P., pracownik jednej ze stołecznych bibliotek, zamordował starszą o trzy lata nauczycielkę języka włoskiego. Kobieta uczyła w kilku szkołach, udzielała też indywidualnych korepetycji. Nie wiadomo, co dokładnie rozegrało się w jej mieszkaniu na warszawskiej Woli po tym, jak do drzwi zadzwonił młody mężczyzna…

W środę, 3 lutego 2016 roku, kilka minut przed godziną piętnastą, straż pożarna została powiadomiona o pojawieniu się ognia w jednym z mieszkań na warszawskim Żoliborzu. Przyjechały trzy zastępy strażaków, ogień udało się szybko ugasić – paliła się torba podróżna. Na pozór zwykła, mało znacząca interwencja. Po krótkiej akcji strażacy natknęli się jednak na makabryczne znalezisko…

W pokoju na podłodze leżały zwłoki młodej kobiety, bez głowy. Brakująca część ciała znajdowała się w plecaku, w sąsiednim pomieszczeniu. Kilka minut później na miejscu była już policja. Rozpoczęło się zakrojone na szeroką skalę śledztwo.

Przesłuchiwano mieszkańców bloku, a także dwóch mężczyzn, wynajmujących mieszkanie. Trzeci z nich, Kajetan P., zniknął i nikt nie wiedział, co się z nim dzieje. Zidentyfikowano też ofiarę – okazało się, że kilka godzin wcześniej zgłoszono jej zaginięcie.

Kamera monitoringu w bloku, gdzie mieszkała zamordowana kobieta, zarejestrowała moment, kiedy Kajetan P. wchodził na klatkę schodową. Śledczy dotarli do taksówkarza, który wiózł go jakiś czas później z Woli na Żoliborz. Zauważył, że z torby, którą miał w ręku pasażer, wyciekała krew.

Wiozę tuszę dzika po polowaniu – wytłumaczył kierowcy, gdy ten zainteresował się dziwnym bagażem.

Wszystkie fakty zaczęły układać się w logiczną całość oraz wniosek, że to najprawdopodobniej Kajetan P. zamordował pochodzącą z Radomia, młodą nauczycielkę języka włoskiego. Ruszyły zakrojone na szeroką skalę poszukiwania, w które zaangażowani byli policjanci z całej Polski. Nie przyniosły one jednak rezultatu. 27-latek jakby zapadł się pod ziemię. Rodzina, znajomi, przyjaciele i przełożeni z pracy nie mieli pojęcia, co się z nim stało. Za sprawą Europejskiego Nakazu Aresztowania wizerunek Kajetana P. trafił na listy najbardziej poszukiwanych i niebezpiecznych przestępców. Do akcji przystąpili „łowcy cieni”…

 

Coraz krótszy dystans

Poszukiwania podejrzanego trwały dziesięć dni. Na policyjnym celowniku znalazł się człowiek do tej pory nigdy nie karany, z wyższym wykształceniem, pochodzący z zamożnej, powszechnie szanowanej rodziny. Początkowo wydawało się nieprawdopodobne, by ktoś taki dokonał makabrycznej zbrodni. Bardzo szybko pojawiły się jednak pierwsze rysy na pozornie nieskazitelnym charakterze. Od dawna fascynowali go seryjni zabójcy, szczególnie Hannibal Lecter, bohater książki Thomasa Harrisa, przerażający i niesamowicie inteligentny zabójca, który z zimną krwią dokonywał kolejnych zabójstw. Kajetan P. był zafascynowany postacią książkowego mordercy. Napisał o nim nawet wiersz, który ukazał się w jednym ze studenckich miesięczników.

Podejrzany o dokonanie zabójstwa zapadł się jak kamień w wodę. Nie było go w miejscu zamieszkania, a  trop urywał się w taksówce, którą do wynajmowanego mieszkania wiózł zwłoki kobiety, gdzie je w końcu podpalił. Od tamtej pory nikt go nie widział. Poszukiwania nie były łatwe. Rodzina mieszkała w Poznaniu, warszawscy znajomi przekonywali, że Kajetan P. od pewnego czasu wiódł żywot samotnika i zerwał  z nimi prawie wszystkie kontakty. Można było odnieść wrażenie, że pomimo młodego wieku po prostu dziwaczeje. Jednak dlaczego tak się działo, nikt z jego otoczenia nie zaprzątał sobie głowy. Teraz policja musiała go odnaleźć, nie mając praktycznie żadnego punktu zaczepienia. Mógł ukrywać się w stolicy, gdzieś w Polsce albo gdzieś w Europie. Mógł być właściwie wszędzie.

 

Zaczęliśmy od przeglądania nagrań z monitoringu na Dworcu Centralnym w Warszawie. Filmy z kamer pokazały pociąg, którym mężczyzna udał się do Poznania. W Poznaniu również został przejrzany monitoring z dworca. Ustaliliśmy, że podejrzany wyjechał do Berlina. Godzinami analizowaliśmy nagrania z monitoringu. Sprawdziliśmy, jak zachowywał się, gdzie był, co robił. Jedno wiedzieliśmy na pewno: żeby go znaleźć, musimy wyjechać z Polski. Ogromny jest wkład pracy kolegów z Zespołu Poszukiwań Celowych w Poznaniu, którzy cały czas towarzyszyli nam w wyprawie. Następnie w Berlinie również opieraliśmy się głównie na monitoringu z dworca. Po przejrzeniu wielu godzin nagrań byliśmy w stanie wyhaczyć z tłumu ludzi poszukiwanego, wiedząc już jak on się porusza, w jaki sposób się zachowuje, na co zwraca uwagę – powiedział w wywiadzie, zamieszczonym na stronach Komendy Głównej Policji, jeden z członków grupy pościgowej.

Z dnia na dzień skracał się dystans za ściganym mężczyzną. Najpierw był to tydzień, potem trzy dni, kilkanaście godzin, wreszcie od poszukiwanego dzieliły ich tylko minuty. Równo dwa tygodnie po makabrycznej zbrodni  Kajetan P. wysiadł z autobusu na przystanku w La Valetcie, stolicy Malty.

Był kompletnie zaskoczony, gdy tuż przy zabytkowej Miejskiej Bramie powaliło go na ziemię kilku mężczyzn. Nie był w stanie nic zrobić, nie miał szans na jakąkolwiek reakcję. Inna rzecz, że na jego twarzy malował się totalny spokój – nie próbował się wyrywać, nie kombinował, zero emocji.

Działanie maltańskich policjantów w pierwszej chwili mogło wyglądać na napad rabunkowy, ale zaraz po tym okazali policyjne odznaki. Ich akcji przyglądali się członkowie policyjnej specgrupy z Poznania, którzy chwilę wcześniej dyskretnie wskazali poszukiwanego Polaka.

Nie protestował – opowiadali polscy policjanci obecni na Malcie. – Po prostu się poddał. Ne chciał ani zawiadomić rodziny, ani skontaktować się z lekarzem, ani skorzystać z niczego, co mu zgodnie z prawem przysługuje. Kajetan P. to osoba pozbawiona jakichkolwiek emocji. Zauważyłem u niego poruszenie tylko wtedy, gdy dowiedział się, w jakiej sprawie został zatrzymany. Silniejsza reakcja wystąpiła jeszcze tylko na chwilę, gdy zapytał, czy to na Malcie będzie przesłuchiwany w sprawie zabójstwa. Szybko jednak wrócił do swojego poprzedniego stanu.

1 2 3 4>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze