Brutalne zabójstwo Piotra Jaroszewicza i jego żony Alicji Solskiej w 1992 roku dla większości społeczeństwa było olbrzymi szokiem, tym bardziej że były premier – w latach 70. druga najważniejsza osoba w państwie – od dwunastu lat żył na uboczu wielkiej polityki. Największe zdziwienie budzi w tej sprawie nieznany motyw zbrodni, którego nigdy nie udało się ustalić.

Obydwie ofiary były torturowane przed śmiercią, a mimo to z mieszkania nie zginęły praktycznie żadne kosztowności. Może zabójcom chodziło o jakieś dokumenty skrywane w prywatnym sejfie byłego premiera, a podwójne morderstwo było tylko zasłoną dymną, które miało wprowadzić prowadzących śledztwo w błąd co do rzeczywistego motywu zbrodni?

Pomimo znacznego upływu czasu, do dziś nie wiadomo kto go zabił, albo kto był zleceniodawcą podwójnego zabójstwa. Mnożą się pytania i wątpliwości, których nikt nie jest w stanie rozwiać i tylko zabójcy z roku na rok mogą być coraz bardziej pewni swojej bezkarności. Do przedawnienia się tej zbrodni pozostało już tylko siedem lat!

 

***

Zwłoki Piotra i Alicji Jaroszewiczów odnalazł ich najmłodszy syn – Jan. Od kilkunastu godzin nikt nie odbierał telefonu w mieszkaniu jego rodziców. Zaniepokojony tą sytuacją przyjechał do Anina przed północą 1 września, aby sprawdzić, co się dzieje. Bez problemu otworzył drzwi wejściowe do willi przy ulicy Zorzy 19, gdyż od kilku lat posiadał komplet kluczy zapasowych. Dom, w którym mieszkali Jaroszewiczowie, zbudowano jeszcze w okresie przedwojennym. Jego właścicielem był swego czasu Julian Tuwim. Piętrowa willa stoi wewnątrz pięknego ogrodu, a od ulicy oddziela ją szpaler drzew.

 Jana Jaroszewicza zaskoczyła panująca w pomieszczeniach cisza. Co dziwniejsze – nie było nawet słychać ujadania specjalnie tresowanego psa obronnego. Przyspieszonym krokiem wszedł na pierwsze piętro. W salonie odnalazł zwłoki ojca, który tkwił nieruchomo w fotelu. Głowę miał owiniętą bandażem, a na szyi zadzierzgniętą grubą linę.

Na szyi byłego premiera zaciśnięto skórzany pasek, po czym – jak twierdzą fachowo policjanci: na zasadzie tzw. dźwigni – dociskano go ciupagą, jednocześnie ją obracając. Przedtem zadano mu kilkanaście silnych ciosów w głowę i klatkę piersiową, najprawdopodobniej tłuczkiem od mięsa. Dlatego jego rozpięta koszula była cała zakrwawiona. Zginął siedząc w fotelu, a jego lewa ręka była przywiązana sznurem do oparcia.

Sprawiało to wrażenie, że sprawcy celowo pozostawili mu swobodną prawą rękę, tak aby mógł coś podpisać lub napisać, kiedy przez nadwyrężone pod wpływem nacisku gardło nie był już w stanie powiedzieć ani słowa – skomentował to jeden z warszawskich policjantów.

Jego żona leżała w łazience, w kałuży krwi. Zginęła od strzału ze sztucera należącego do jej męża, przystawionego niemal do głowy. Wyglądało to na tzw. strzał z przyłożenia, do którego zdolni są z reguły wyrachowani zabójcy. Ją również torturowano przed śmiercią: bito i wykręcano ręce.

 

Kilka godzin później informacja o brutalnym zabójstwie stała się sensacją dnia. Jako pierwsze poinformowało o tym z samego rana warszawskie Radio „ZET”. Dopiero kilkanaście minut później depesza sygnowana nagłówkiem „pilne” pojawiła się w serwisie Polskiej Agencji Prasowej. Przed południem 2 września 1992 roku cały kraj wiedział już o zabójstwie byłego premiera Piotra Jaroszewicza i jego żony – Alicji. Tymczasem na miejscu zbrodni od wielu godzin pracowali już funkcjonariusze policji i przedstawiciele prokuratury. Niestety, nie wszyscy we wrześniu 1992 roku wzorowo wywiązali się ze swoich obowiązków. Nie zabezpieczono wielu śladów, nie zbadano zamka do drzwi domu, zabrudzeń na framudze drzwi wejściowych do willi.

W efekcie nigdy nie ustalono, w jaki sposób zabójcy ominęli wszelkie zabezpieczenia i dostali się do mieszkania Jaroszewiczów. I trudno się temu dziwić, skoro na balkonie willi, przez który mogli wejść przestępcy, pracujący na miejscu zabójstwa policjanci urządzili sobie miejsce do palenia papierosów. Podobno jeden z takich niedopałków zaliczono nawet do materiału dowodowego, a prawda o tym wyszła na jaw dopiero kilka lat później. Inna rzecz, że kiedy ujawniono podwójne zabójstwo, w Aninie zaroiło się nie tylko od policyjnych decydentów, ważnych prokuratorów, a nawet dziennikarzy. W willi panował trudny do opisania tłok, niektórzy chodzili i robili tam co chcieli. Zwykli policjanci nie mieli odwagi zwracać uwagi, ani tym bardziej wypraszać VIP-ów albo wyższych szarżą oficerów.

Wszystko dlatego, że po raz pierwszy w powojennych dziejach Polski doszło do zabójstwa byłego premiera i śledczy nie potrafili zapanować nad chaosem na miejscu przestępstwa. To dlatego doszło do nieświadomego zatarcia niektórych śladów, inne zaś zostały zniszczone! Ten bałagan okrutnie się zemścił na późniejszym śledztwie!

 

Coraz więcej znaków zapytania

Może to zbieg okoliczności, ale zabójcy doskonale wybrali czas zbrodni. W poniedziałek 31 sierpnia 1992 roku odleciała do Stanów Zjednoczonych córka Jaroszewiczów, przebywająca w Aninie wraz z dwójką kilkunastoletnich dzieci na miesięcznych wakacjach. Starsi państwo byli sami w mieszkaniu, co było olbrzymim ułatwieniem dla bandytów. Czy zabójcy specjalnie czekali na ten moment? Nie można tego wykluczyć, choć z drugiej strony mógł to być jedynie przypadek. Kilkanaście godzin po dokonanym przez nich zabójstwie lunął z nieba pierwszy od dwóch miesięcy rzęsisty deszcz, wiał też silny wiatr. Ulewa zatarła wszelkie ślady, jakie na zewnątrz domu mogli pozostawić mordercy. To dlatego nigdy nie udało się ustalić, jak napastnicy dostali się do wnętrza mieszkania.

1 2 3 4 5>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze