Francuski teolog z początku XII wieku odniósł się niechętnie do inicjatywy paryskich prostytutek, które pragnęły ufundować witraż w katedrze Notre-Dame, ale wyraził pogląd, że „jeśli czują skruchę, mogą odkładać dochody z prostytucji, aby przeznaczać je na jałmużny”.

Podobnego zdania był św. Tomasz z Akwinu: „Jeśli nawet sposób pozyskania jest sprzeczny z prawem boskim, to, co się pozyskało, nie jest przez to niesłuszne; w przypadku prostytucji hańbiąca jest jej kondycja, nie zaś jej zarobek; jeśli nawet nie może ona uczynić daru ze swych dóbr na rzecz Kościoła. Kościół ma pełne prawo, aby przyjmować od niej jałmużnę”. Jeśli zaś chodzi o pobieranie podatków na rzecz miasta, to kwestia ta nie spędzała rajcom snu z powiek: po prostu je pobierano.

W czasach, gdy wokół szerzyła się nędza, a warunki egzystencji dla wielu były niezwykle ciężkie, kobietom z gminu trudno było znaleźć godziwe zatrudnienie. Wędrowały więc gościńcami od wsi do wsi, nie zatrzymując się nigdzie na dłużej i „wynajmowały swoje ciała” nie tylko do robót polowych, ale i dosłownie. – Swoją trasę – twierdzi historyk francuski – dostosowywały do kalendarza targów i jarmarków, odpustów i pielgrzymek, a także winobrań czy innych prac rolniczych. Z akt sądowych wynika, że robotnicy sezonowi i wyrobnicy utrzymywali czas jakiś w szopach, które zamieszkiwali, wspólne prostytutki. Brali je też z sobą w trasę kupcy udający się gromadnie na targi oraz załogi statków spływających rzekami.

 

Dom wspólny dla wszystkich

W średniowiecznych miastach Francji – a podobnie było w owym czasie zdaje się i w innych krajach naszego kręgu kulturowego – domy publiczne, określane z łacińska jako „prostibulum publicum”, utrzymywały władze miejskie. Zdarzało się, że prowadzili je urzędnicy sądowi, a to z tego względu, by znajdowały się one pod kontrolą, by nie kwitł w nich hazard, ani nie gromadzili się przestępcy. Niektóre miasta wznosiły imponujące Maison des fillettes – domy dziewek; prostytutki przyprowadzały tu zwerbowanych na mieście klientów. Wielu z nich bywało stałymi gośćmi, licznych przyciągała wykwintna kuchnia, przynosząca zawsze pokaźny dochód dla utrzymującego dom.

Rolę domów publicznych pełniły też łaźnie, wyposażone nie tylko w wanny, ale i wygodne łoża. Ich właścicielami bywali też szanowani mieszczanie, niektórzy wynajmowali je rajfurkom.

Ławnicy i ojcowie miasta czerpali spore korzyści z prostytucji, środki represyjne wobec dziewek publicznych raczej nie wchodziły w rachubę, chyba że w wyjątkowych wypadkach.

Z archiwów sądowych wynika, że wiele kobiet trafiło do domów publicznych w wyniku gwałtu zbiorowego, dokonanego na nich w dość wczesnej młodości; jako pohańbione nie miały szans na zamążpójście i innej drogi przed sobą. Owe gwałty zbiorowe to była prawdziwa plaga tamtych czasów; istne polowania na dziewczęta w takim właśnie celu stanowiły ulubioną rozrywkę kilku lub nawet kilkunastoosobowych grup młodych kawalerów, na ogół rzemieślników i robotników.

„Przemoc seksualna była normalnym i stałym aspektem życia miejskiego” – twierdzi historyk Jacques Rossiaud. W tym czasie dość późno zawierano małżeństwa i bandy nudzących się młodzików uprawiały ów „rytuał związany z przyjęciem do grupy lub mający na celu udowodnienie własnej męskości”. Dziewczęta – z reguły niskiego stanu – obawiały się skarżyć ich do sądu, a jeśli to robiły – niebawem wycofywały pozew; opinia publiczna była przeciw nim, jako że zawsze brało górę przekonanie, iż „same się prosiły”. Drogę do nierządu ułatwiały im rajfurki, stręczycielki, często wdowy lub „wycofane z obiegu” starsze prostytutki.

Chociaż gardzono dziewczętami zgwałconymi, to bynajmniej nie potępiano prostytutek. Handlowały one swym ciałem na ogół między 20 a 30 rokiem życia, a potem zaś, często zdobywszy posag, wychodziły za mąż; tylko część kończyła w nędzy na żebraninie. Zgrupowane w domach publicznych dziewczęta nie stanowiły bynajmniej marginesu społecznego, nie wiązały się ze światem przestępczym, miały stałą klientelę głównie spośród nieżonatych mężczyzn, co traktowane było jako rzecz naturalna, zgodna z przeświadczeniem, iż młodzież „musi się wyszumieć”.

Chodzenie do domu publicznego traktowano jako dowód normalności społecznej i fizjologicznej, nie czyniono też tego bynajmniej ukradkiem. Jak twierdzi historyk, uważano, że jest to dom wspólny dla wszystkich i ludzie wszelkiego autoramentu mogą w nim bywać i czuć się bezpiecznie pod opieką miasta i księcia.

Prostytutki miały określone prawa: jeśli która została zgwałcona, sprawcę ścigano sądownie; mogły zeznawać w sądzie jako świadkowie oskarżenia, podobnie jak właściciele czy dzierżawcy domów, którzy nie przestawali być uważani za osoby przyzwoite i godne szacunku.

W niektórych miastach prostytutki miały własną chorągiew, pod którą szły w pochodach urządzanych z okazji różnych uroczystości. Wizyty dostojnych gości uświetniano, oddając im do dyspozycji bardziej ekskluzywne domy publiczne.

Notariusze udawali się do tych domów, by sporządzać różne urzędowe dokumenty, zaś konsulowie miejscy przyjmowali od dziewcząt przysięgę, że nie będą udzielać swych wdzięków nieopierzonym młodzikom i ludziom żonatym. Ci ostatni bowiem popełniali grzech cudzołóstwa i w tym nie można im było pomagać.

Dodać jednak trzeba, że cudzołóstwo męża nie zajmowało ważnego miejsca w ówczesnej hierarchii grzechów, natomiast żony – tak; uważano to za przestępstwo publiczne. Spotykały je za to surowe represje: wygnanie, a przedtem przepędzenie przez miasto połączone z chłostą, a najczęściej odesłanie do domu publicznego. Podobno właśnie prostytutki były najbardziej aktywne w ściganiu różnych „cichodajek” – kobiet uprawiających skrycie nierząd i one też pilnowały, by żony nie zdradzały swoich mężów. Paradoksalnie więc były strażniczkami moralności…

Stanisław Milewski

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze