Toteż pojawił się temat małżeństwa i zawisł nad ich głowami jak niedokończone zdanie. Nagłe wezwanie Billa z przepustki do bazy wywołało burzę emocji. Ann zalała jego mundur łzami. Padło zdanie, niczym z kinowego ekranu. – Ożeń się ze mną natychmiast albo zniknij z mego życia, na zawsze! – szeptała przez zatkany płaczem nos, niemal mdlejąc na wspomnienie ostatniego snu, w którym „jej oficer” leżał na dnie oceanu, a obok, jak  żarłoczne rekiny, przemykały cienie japońskich łodzi podwodnych.

Billy znalazł się na linii podwójnego ostrzału. Wielka miłość nie wchodziła jeszcze w grę, ale ta kobieta dała mu szczęście, zrobiła z niego mężczyznę, otworzyła przed nim nieznany świat. Miał pod ręką przykład, że decyzja o szybkim ślubie wcale nie boli. Bean Baker, jego najbliższy przyjaciel i pilot bombowców, w tempie pospiesznym, podyktowanym wojennymi warunkami, ożenił się ze swoją meksykańską tancerką, wprawiając w osłupienie rodzinę i upajając się skandalem.

– Człowieku, żeń się natychmiast! – ponaglał Bean. – Kto wie, ile ci jeszcze życia zostało? Pozostawisz po sobie kogoś, kto cię szczerze będzie opłakiwał. Albo zrób to choćby tylko dlatego, żeby dokuczyć starym!

 

Cios w reputację

Wydarzenia potoczyły się błyskawicznie, bo kończył już przyspieszony kurs oficerski i lada dzień spodziewał się wysłania na Pacyfik.  Ann na zawsze pożegnała się ze sceną w klubie „Monte Carlo” i z teatrem radiowym. Pakowała kufry przed podróżą do portowego miasta Tacoma, gdzie na 11 marca został wyznaczony ślub. Zdążyła jeszcze złożyć oficjalną wizytę przyszłym teściom. Elsie Woodward wykazała się klasą i („skoro los tak chciał…”) nie zamknęła przed nią drzwi, ale nie otworzyła przed nią serca. Przyjęła „tę kobietę” w towarzystwie czterech córek. Młoda narzeczona przeżyła katusze, bo nie mogło umknąć jej uwadze, jak bardzo krytycznie owe damy oceniają jej wyzywający strój, zwłaszcza pantofle na przesadnie wysokich obcasach, obserwują jej „wyjątkowo prostacki” styl picia herbaty, a wreszcie zadają kłopotliwe pytania.

                 Ile ty masz lat, moja droga? – spytała podstępnie Elsie, choć detektywi zdążyli już zdobyć dla niej  metrykę Ann.

 – Nieco więcej niż 22… – odpowiedziała, czerwieniąc się na twarzy.

 Akurat tyle miał wtedy Billy. Wychodząc za niego miała 27 lat i sześć miesięcy, więc później do końca życia zbierała owoce „niewinnego” kłamstwa. Skłamała również przy wypełnianiu kościelnych dokumentów ślubnych. W linijkę dotyczącą wieku wpisała najpierw 23, a po chwili namysłu liczbę tę przekreśliła i napisała „powyżej 21”. W podobny sposób wybrnęła z kłopotu, gdy przy różnych okazjach padały pytania o jej rodziców. Matka nie stanowiła już problemu, ale ojca uśmierciła, ustanawiając go uprzednio „emerytowanym pułkownikiem”.

 Jednak nie było to aż tak istotne w ów marcowy dzień 1943 roku, gdy Billy i Ann przypieczętowali swój los w jednym z luterańskich kościołów Tacomy. Matka i siostry pana młodego wymówiły się niedogodnościami podróży ze wschodniego na zachodnie wybrzeże. Na ślub dotarł pociągiem mocno wymęczony senior rodu, wcale nie ukrywając, że wolałby ten czas spędzić ze swoimi końmi. Bean Baker, jedyny prawdziwy przyjaciel pana młodego, zajęty był w tym dniu bombardowaniem Zagłębia Ruhry. Po skromnej uroczystości i wystawnym przyjęciu młoda para przeniosła się do ogromnego domostwa, które dla Ann było pierwszym dotknięciem niewyobrażalnego przedtem luksusu, zaledwie zapowiedzią nadciągających zmian.

Elsie Woodward nie pogodziła się z dotkliwym ciosem w reputację. Nie tak wyobrażała sobie przyszłość jedynaka. Najchętniej wszystko by przemilczała. Dlatego, choć ucierpiała na tym jej duma, powstrzymała się z zawiadomieniem o ślubie syna, które matki z jej sfery zamieszczają w rubryce towarzyskiej dziennika „The New York Times”.

 

Dwie wojny

W ostatnich dniach października 1943 roku, a więc pół roku po ślubie, podporucznik William Woodward II wszedł w skład kadry oficerskiej lotniskowca „The Liscome Bay”, skierowanego w rejon wysp Pacyfiku. 24 listopada nad ranem okręt został storpedowany przez japońską łódź podwodną. Zanim zatonął, zginęło dwie trzecie załogi. Billy wyszedł z tragedii z niegroźnymi oparzeniami. Już na początku grudnia celebrował swe ocalenie w hotelu w San Francisco, opróżniając przez tydzień, w gronie takich jak on ocaleńców, kilka skrzynek szampana. – Przybywaj natychmiast! Czeka cała masa pięknych dziewczyn, uwielbiających mężczyzn w mundurach – telefonował do kolegi w bazie w Tacoma. Jednego z tych szalonych dni widziano go w łóżku z dwiema pięknościami.

W ten oto sposób Billy zakończył jedną wojnę, a zupełnie bezwiednie rozpoczął drugą – z dopiero niedawno poślubioną żoną, odrzucając wymóg wierności i lojalności. Z pierwszej wojny, tej o niebo bardziej niebezpiecznej, cudem wyszedł cało, bo akurat skoczył z tonącego lotniskowca w takie miejsce, gdzie płonącej ropy na falach Pacyfiku było niewiele. Gdyby na czas wycofał się z wojny drugiej i w miarę szybko docenił zagrożenie, jakie dla jego świeżo rozbudzonej seksualnej zaborczości stanowić będzie Ann, żyłby zapewne długo i szczęśliwie. A ponieważ tego nie uczynił i od tamtego szalonego tygodnia w San Francisco zachowywał się wobec niej z karygodną niefrasobliwością, czekał go marny, przedwczesny koniec.

Tadeusz Wójciak

Kolejna, przedostatnia część opowieści już jutro. Nie przegap!

< 1 2

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze

[fbcomments]