Marcin Kamler, badacz przestępczości XVI i XVII stulecia, ustalił na podstawie ksiąg sądów miejskich, że w tym okresie działały liczne bandy rozbójnicze. Składały się one zazwyczaj z 4-6 mężczyzn, mieszkających na stałe w miastach, także w stolicy. Rozbójnicy grasowali na gościńcach, dość daleko od rodzinnych stron; np. wywodzący się z Lublina rabowali pod Warszawą, w okolicach Lwowa i na Śląsku. Jako teren działania wybierali najbardziej uczęszczane trakty, w pobliżu dużych miast, gdzie rosły gęste lasy, albo też miejskie zaułki, jak to bywało w Warszawie.

Na ogół zdawali się na przypadek, jeśli chodzi o obiekt napadu. Ich ofiarami padali kupcy jadący z towarami bądź wracający z pieniędzmi, wędrowni kramarze, piesi wędrowcy, szlachta podróżująca w kolasach lub konno. Niekiedy kupcy bywali wcześniej upatrzeni; na tych zaczajano się w dogodnym miejscu, zdobywając spodziewane łupy. Po kilku takich „wypadach” wracali na swoje meliny (słowo to, używane przez złodziei od dawna, wywodzone bywa od hebrajskiego malina, molum – nocleg, oberża). Meliny, w których grupowali i chronili się różni przestępcy, w Warszawie znajdowały się głównie za murami miejskimi.

Często – jak to ustalił Marcin Kamler – rozboju dokonywali przygodni włóczędzy, których głównym zajęciem bywały kradzieże. Zabijali, by pozbyć się świadków; podobnie zresztą czynili zawodowi zabójcy, by nie pozostał żaden ślad ich zbrodni i nie rozeszły się o niej wieści.

Biorąc za podstawę zeznania 166 osób sądzonych za rozboje i rabunki, autor ów wyliczył, że przyznali się oni do pozbawienia życia 210 osób w 356 napadach. Procent zamordowanych był więc bardzo wysoki.

Niektórzy badacze przestępczości są zdania, że to bezwzględność kar grożących za rozbój pchała do pozbywania się świadków zbrodni i do popełniania wciąż nowych. Inny historyk marginesu społecznego dawnej Polski, Jan Kracik, przytacza bardzo znamienną wypowiedź herszta bandy uprawiającej rozbój, który stanął przed sądem w 1787 roku. Gdy go spytano: „Czemu tak wiele zła broił?”, ów odparł: „Gdybym się odważył na pierwszą złość, która śmiercią karana bywa, wiedząc o tym, iż jedną mam tylko głowę, którą mi za pierwszy występek utną, więcej mi złego uczynić nie mogą choćbym najwięcej broił; śmiałom więc się odważał na wiele złości, które wszystkie już mi bezkarnie ujdą, utraciwszy głowę za jedną”.

Ludzie tamtych czasów nie zastanawiali się niewątpliwie nad podobnymi niuansami. Przez wieki całe utrwaliło się przekonanie, że tylko okrucieństwem można odstraszyć od zbójectwa. Spokojny handel był na tyle ważny, że nie wahano się stosować najdrastyczniejszych środków. Schwytanych zbójników poddawano najwymyślniejszym torturom, by uzyskać od nich nazwiska i rysopisy wspólników; tych następnie ścigano po całym kraju i tracono często bez innych dowodów.

Czynienie z egzekucji rozbójników krwawych widowisk odnosiło przeważnie przeciwny skutek. Ci bowiem w obliczu okrutnej śmierci nie tylko nie tracili rezonu i swej hardości i nie wyrażali skruchy, ale dbali o to, by wobec tłumów iść na śmierć bez oznak strachu i ze swoistym fasonem. Głosiła o tym wieść gminna kreująca ze zwykłych opryszków bohaterów.

W drugiej połowie XVIII wieku poprawił się znacznie stan bezpieczeństwa, zwłaszcza w Polsce centralnej i w Warszawie. Prócz ustanowienia pod koniec lat sześćdziesiątych Komisji Dobrego Porządku (boni ordinis), duże znaczenie miało uaktywnienie się jurysdykcji marszałka wielkiego koronnego, który wziął się ostro do zwalczania przestępczości we wszystkich jej przejawach, a zwłaszcza najgroźniejszych dla państwa. Widać to wyraźnie na przykładzie skazań na karę śmierci właśnie za rozboje. O ile sąd marszałkowski koronny w latach 1716-1726 orzekł ją wobec 126 osób popełniających rozboje, o tyle już w okresie 1752-1762 stracono 39 rozbójników, a w latach 1769-1779 tylko trzech.

Jednakże upadek Rzeczypospolitej znów wywołał rosnącą falę przestępstw, w tym zwłaszcza rozbojów. Rząd pruski stosował bez większego skutku bardzo surowy „Landrecht”, prawo karne wprowadzone w 1794 roku w związku z aneksją części ziem polskich. Przewidywało ono łamaniem kołem od dołu do góry dla rabusia, który zamordował na gościńcu osobę stawiającą mu opór; taką samą karę ponosił rabuś pomagający wspólnikowi w morderstwie. Pozostawał wszakże problem schwytania sprawcy, a pod tym względem nie było najlepiej.

Stanisław Milewski

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze