Kowalski, Wiśniewski, Dąbrowski i Wójcik rzadko spotykali się przy brydżu. Kiedy byli studentami, potrafili grać po kilka razy w miesiącu. Teraz, kiedy mieli już rodziny i własne dobrze prosperujące firmy, coraz rzadziej udawało im się zgrać terminy, by we czwórkę spotkać się przy karcianym stoliku.

Tamto listopadowe spotkanie w leśniczówce Kowalskiego planowali od dawna. Kiedy byli w komplecie, od razu siedli do gry.

– Gra w piki daje wyniki…

– Gra w kiery wyrabia maniery…

– Gra w karo robi na szaro…

– A trefelki kolorek niewielki…

Co pewien czas znad stolika słychać było popularne komentarze zapalonych graczy, przeplatane karcianymi dowcipami. Tymczasem żony brydżystów siedziały w drugim pokoju i doskonale bawiły się w swoim towarzystwie.

– To co panowie, mała przerwa?! – w pewnym momencie zaproponował gospodarz, patrząc na zegarek. Ani się spostrzegli, jak minęły trzy godziny grania. – Może przekąsimy, żona coś tam przygotowała, więc szkoda, żeby się zmarnowało.

Wstał pierwszy i zaprosił do niewielkiego stołu w drugim końcu salonu, zastawionego drobnymi przekąskami. Karmienie graczy karcianych to często wyzwanie dla gospodarzy. Tym razem aż miło było popatrzeć! Maleńkie kanapeczki, koreczki, wszystko zminiaturyzowane „na jeden ząb”, aby gracze mogli szybko coś przekąsić. Na szczęście pani Kowalska nie musiała kupować w Peweksie żadnych importowanych półproduktów. Jej zdolności kulinarne były powszechnie znane, a kolorowych tartinek w jej wykonaniu mogłaby pozazdrościć niejedna restauracja.

Przy szklaneczkach whisky, kupionej specjalnie na tę okazję, panowie mieli w końcu czas na towarzyskie rozmowy. Nagle dookoła zrobiło się ciemno.

– Dwudziesty stopień zasilania i wszystko jasne – powiedział gospodarz.

Kiedy tylko ogłaszano w radiu komunikat o ograniczeniach w dostawie prądu, coraz częściej robiło się ciemno także w leśniczówce. Na szczęście byli i na to przygotowani. Najpierw oświetlali wnętrze światłem zapalniczek, potem gospodarze znaleźli świeczki, a kilka minut później zapalili kilka lamp naftowych, które – na wszelki wypadek – trzymali gdzieś na strychu.

Ze zrozumiałych względów o dalszej grze nie było mowy. Zresztą nie tylko z powodu panującego w pomieszczeniu półmroku. Pani Kowalska w pewnym momencie zauważyła brak złotego pierścionka z okazałym brylantem, który zostawiła w kredensie przed przyjazdem gości. Ponad wszelką wątpliwość przywłaszczył go sobie jeden z czterech mężczyzn. Tylko oni siedzieli w salonie, kiedy zgasło światło.

Porucznik Duszczyk, który zjawił się w leśniczówce w celu ustalenia sprawcy kradzieży, miał trudny orzech do zgryzienia. Zaczął od rozmowy w cztery oczy z każdym z panów, nie wyłączając gospodarza. Oto co powiedzieli:

– Kiedy zgasło światło, akurat byłem w kuchni. Poszedłem po lód dla Wiśniewskiego i Wójcika, bo oni zawsze piją whisky on the rocks – zeznał Kowalski.

– Byłem zajęty podkładaniem papierka pod jedną z trzech nóg stolika, na którym stało jedzenie i napoje, bo strasznie się kiwał, jak tylko ktoś się do niego dotknął – powiedział Wiśniewski.

– Ja w tych ciemnościach skierowałem się do przedpokoju po zapalniczkę. Na stole stał świecznik, chciałem zapalić świeczki, a ponieważ byłem jedynym palaczem w towarzystwie, pomyślałem, że najszybciej znajdę jakieś źródło ognia – opowiadał wyraźnie poddenerwowany Dąbrowski.

– Poszedłem do sąsiedniego pokoju, żeby towarzyszyć siedzącym tam kobietom. Oczywiście każda z nich może to potwierdzić. Chyba nie podejrzewa pan, że mam coś wspólnego z tą kradzieżą – jako ostatni z porucznikiem rozmawiał Wójcik.

Rozmowa z brydżystami wystarczyła, by porucznik Duszczyk zaczął podejrzewać jednego z nich o kradzież pierścionka z brylantem. Którego?

Rozwiązanie zagadki kryminalnej na kolejnej stronie.

1 2>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze