W dwudziestoleciu międzywojennym robiono wiele, zwłaszcza w Warszawie, by zwiększyć bezpieczeństwo na ulicach miasta i zmniejszyć zastraszającą liczbę wypadków z udziałem przechodniów.

Dopuszczalną prędkość pojazdów w pierwszym okresie niepodległości regulowało Rozporządzenie Ministra Robót Publicznych i MSW z dnia 26.VI.1924 r. określając ją w § 15 dość deklaratywnie i opisowo, że „(…) winna być taka, aby woźnice, cykliści i jeźdźcy w każdej chwili i przy wszelkich okolicznościach mogli dostosować się do wymagań ruchu publicznego (…). W ostatnim okresie dwudziestolecia międzywojennego normowało to rozporządzenie ministrów Komunikacji, Spraw Wewnętrznych i Spraw Wojskowych z dnia 27.X.l937 r. wydane w porozumieniu z ministrem Opieki Społecznej o ruchu pojazdów mechanicznych na drogach publicznych w § 54. Na pneumatykach kierowca mógł jeździć w obszarze zabudowanym z szybkością nie przekraczającą 40 km/godz., a poza obszarami osiedli – 60 km/godz.

Warszawa miała odrębną regulację prawną w tym względzie – rozporządzenie „O ruchu ulicznym m.st. Warszawy” wydane przez Komisariat Rządu 15 maja 1925 roku wzorowane na wydanych dwa miesiące wcześniej przepisach prefektury Paryża. Te dość szczegółowe przepisy określały też surowe sankcje karne w razie ich łamania: dwa miesiące aresztu lub 500 zł grzywny. Szybkość dla konnych pojazdów osobowych, samochodów ciężarowych i autobusów nie mogła przekraczać 12 km/godz., a samochodów osobowych i motocykli – 25 km/godz. Na niektórych ulicach szybkość została ograniczona do 10 km/godz. Powożenie lub kierowanie pojazdami mechanicznymi i innymi było wzbronione osobom poniżej 18 lat, jak również osobom, które z powodu wad umysłowych lub cielesnych oraz z powodu pijaństwa nie były zdatne do tego stale lub czasowo. Jako sygnałów ostrzegawczych wolno było używać tylko ręcznych trąbek o niskim tonie; bezwzględnie zabronione były gwizdki, syreny, piszczałki i klaksony.

Ustawa była kilkakrotnie nowelizowana, ostatni raz po omówionej wyżej ustawie ogólnokrajowej z 1937 roku; podniesiono wówczas i progi dozwolonej szybkości.

 

Prędkość iście ślimacza

Dozwolona prędkość była tylko teoretyczna, bo i tak na głównych ulicach Warszawy w latach trzydziestych pojazdy jeździły w wielkim stłoczeniu i w ślimaczym tempie. „Kurier Warszawski” pisał w 1937 roku (nr 244):

„Z jednej strony ruch rośnie, z drugiej arterie miejskie częstokroć szerokością i kierunkiem nie odpowiadają już wymaganiom ruchu, z trzeciej – chyba żadne miasto europejskie (w prawdziwym tego słowa znaczeniu) nie posiada tak różnorodnego taboru wehikułów komunikacyjnych, jak Warszawa.(…) W takich na przykład Alejach Jerozolimskich, głównej i bodajże najszerszej arterii stołecznej, spotykamy wytworne limuzyny i chłopskie wozy, dorożki konne i tramwaje elektryczne, olbrzymie autobusy P.K.P. i „platformy” zaprzęgnięte w chabety, taksówki i wózki ręczne, wozy ogumione i zwykłe fury z węglem lub cegłą, szybkobieżne motocykle i staroświeckie trycykle rowerowe, rowery, hulajnogi (!), konie luzem, a nawet… stada krów”.

Za najniebezpieczniejsze dla pojazdów uchodziły w międzywojniu ulice: Marszałkowska między Złotą i Nowogrodzką (najruchliwszy punkt miasta wg pomiarów ruchu z 1929 roku), Plac Trzech Krzyży i Aleje Ujazdowskie na odcinku od placu do ul.Chopina, ulice Nalewki, Zygmuntowska przy kościele św. Floriana. Zatłoczony i niebezpieczny był most Kierbedzia, a najwięcej wypadków zdarzało się na tzw. zakręcie śmierci na szosie wilanowskiej.

Na zatłoczonych ulicach największym zagrożeniem były samochody, a tych od początku lat trzydziestych – jak już była mowa – ciągle przybywało. Prawa jazdy wydawano przeważnie mężczyznom, np. w grudniu 1931 roku – jak donosiła „Polska Zbrojna” (1932 nr 10), na 94 wydanych praw jazdy tylko 4 otrzymały kobiety. Ta sama gazeta (nr 309) informowała, że w 1932 roku, gdy liczba mieszkańców stolicy osiągnęła już blisko 1.200 tys. osób w okresie od 1 stycznia do końca listopada wydano 1.284 prawa jazdy, a ogółem udzielono ich 30.293 osobom. Z kolei według „Kuriera Warszawskiego” (1936 nr 202) w tych latach ginęło lub ulegało kalectwu około 2 tys. osób rocznie, czyli w ciągu czterdziestu lat nastąpił ich dwukrotny wzrost. W samym 1934 roku – według biura statystycznego zarządu miasta st. Warszawy zdarzyły się 2.162 wypadki przejechań.

 

Stanisław Milewski

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze