W XIX-wiecznej Anglii, która nie wprowadziła u siebie policji obyczajowej i systemu restrykcji, rozkwit prostytucji nie był większy niż we Francji czy w Niemczech, ani chyba mniejszy, tyle że adeptki najstarszego zawodu świata nie działały w takiej jak tam konspiracji. Liberalizm był chyba zdrowszy i w dosłownym znaczeniu, bo choroby weneryczne wcale nie trapiły wyspiarzy bardziej, niż mieszkańców kontynentu.

W Londynie działało teraz więcej prostytutek niż w poprzednim, XVIII stuleciu; było to skutkiem zwiększenia się popytu na ich usługi. Można je było spotkać w pubach i w salach tanecznych, gdzie bawili się ludzie niższego stanu lub średnio zamożni. Płatne panienki przechadzały się pryncypalnymi ulicami, przesiadywały w kawiarniach, zabierając klientów do domu lub – częściej – do pokojów wynajmowanych na godziny, bo i tutaj ta forma, jako najdogodniejsza, zyskała w tym czasie dużą popularność.

Te, które zarabiały więcej, kupowały sobie mieszkania w centrum i żyły w luksusie. Popularne były w tym czasie książeczki z anonsami tych pań, zawierające opisy ich wdzięków; ten rodzaj reklamy spełniał dobrze rolę pośrednika między nimi a klientami, jak późniejsze wizytówki „call-girls” rozkładane w budkach telefonicznych i w innych miejscach.

Z domów publicznych natomiast korzystali najczęściej mężczyźni dobrze sytuowani, bo były to najczęściej bardzo ekskluzywne przybytki rozkoszy.

Niektóre oferowały usługi dość wyszukane, połączone np. z biczowaniem, jako że wielu Brytyjczyków nawykłych do chłosty w szkole, znajdowało w tym duże upodobanie. W pierwszej połowie XIX wieku w tego rodzaju usługach specjalizował się zakład panny Teresy Berkeley. W dziele z epoki można wyczytać, że „ktokolwiek wchodził do jej zakładu odpowiednio zasobny w pieniądze, mógł zostać wychłostany, wybiczowany, obity kijem, wysmagany, poparzony pokrzywami, na pół powieszony, podrapany ostrokrzewem, jałowcem i szczotką rzeźnika, pokłuty, wyczesany ostrym zgrzebłem, poddany puszczeniu krwi i torturom”.

Ponieważ w tym czasie niezwykłym popytem wśród bogatych klientów cieszyły się dziewice, niektóre eleganckie domy publiczne oferowały ten „towar” w cenie od 5 do 25 funtów, znajdując wiele sposobów na „przywracanie cnoty”. Pamiętnik Fanny Hill, popularne do dziś dziełko Johna Clelanda z końca XVIII wieku, opisujące losy pensjonariuszki takiego zakładu, świadczy, że proceder „cerowania cnoty” był już wówczas znany i praktykowany i wcale nie taki trudny…

Dużą sławę, zwłaszcza wśród pań z wyższych sfer, zyskał zakład Mary Wilson zatrudniający jurnych mężczyzn. Wybrawszy takiego Adonisa, dama – jak to napisał jeden ze znawców tematu – mogła się nim cieszyć w ciemności albo przy świetle, mając na twarzy maskę. Mogła zostać godzinę albo całą noc i mieć jednego lub tuzin mężczyzn, jeśli chciała, nie będąc przez nich poznana.

Prócz odrębnych burdeli dla homoseksualistów, co również było ponoć smaczkiem brytyjskim – wyspiarze odkryli na nowo, po Grekach i Rzymianach – seks z dziećmi. W tamtych czasach wykorzystywanie seksualne nieletnich nie było czymś tak bulwersującym, jak dzisiaj.

W ubogich rodzinach pędzono dzieci do najcięższych robót w kopalniach i fabrykach; często ich praca pomagała przeżyć i utrzymać się na powierzchni życia. Wcale nierzadko umierały one z wycieńczenia.

Nickie Roberts słusznie zwróciła uwagę, że w tym kontekście seksualne wykorzystywanie w epoce wiktoriańskiej dzieci proletariackich nie jest ani bardziej, ani mniej szokujące, niż fakty mówiące o ich codziennej walce o przetrwanie. Autorka ta bynajmniej nie usprawiedliwia dżentelmenów – amatorów dziecięcego seksu, pokazuje tylko drugie oblicze tych „szacownych” obywateli. Jakże przypomina to dzisiejsze wycieczki podobnych im amatorów do krajów trzeciego świata, gdzie nędza spycha nieletnich do prostytucji.

 

Stanisław Milewski

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze