Ten pierwszy napad ośmielił Tuchlina. To, co go tak podniecało, a było dotąd nieosiągalne, okazało się do zrealizowania. Ponownie ruszył „na łowy” 5 stycznia 1976 roku. Znowu w okolicy dworca PKP dostrzegł 26-letnią Mirosławę. Kobieta wracała do domu. Przez jakiś czas szedł za nią, utrzymując bezpieczny dystans. W pewnej chwili skręciła  i prawdopodobnie szła w kierunku domu. Przestraszył się, że ją „straci”. Pierwszy cios młotkiem zadał jej, gdy była już za furtką. Podniósł nieprzytomną kobietę z ziemi i zawlókł w głąb podwórka. Udało mu się rozpiąć jej spodnie, ale nagle zapaliło się światło w jednym z mieszkań na parterze. Przestraszył się i uciekł. Mirosława na szczęście przeżyła i wróciła do normalnego życia.

Kolejny raz zaatakował  też w Gdańsku – 12 lutego 1976 roku. Czekał na tramwaj, kiedy zobaczył 19-letnią Jadwigę. Poszedł za nią. Gdy znaleźli się w opustoszałej okolicy niezamieszkałych domów, wyciągnął młotek i uderzył kobietę w tył głowy. Nieprzytomną zaciągnął do szopy. Wrócił jednak po jej torebkę, którą upuściła na drodze. Okazało się, że w tym czasie dziewczyna odzyskała przytomność, dlatego ponownie zadał jej kilka ciosów. Kiedy był przekonany, że nie żyje zaczął ją rozbierać. Jednak znowu ktoś go przestraszył i uciekł. Jadwiga przeżyła.

Po ostatnim napadzie nastąpiła przerwa w okrutnej działalności Tuchlina. Nie miało to związku z jego wyrzutami sumienia czy próbą walki z chorymi wynaturzeniami. Przyczyna była prozaiczna. Nie mógł atakować, ponieważ został oskarżony o kradzież w miejscu pracy i na 3 lata trafił do więzienia.

 

Śmiertelne żniwo

Paweł Tuchlin wyszedł na wolność w 1979 roku. W trakcie odsiadywania kary został rozwodnikiem, gdyż żona wniosła sprawę o rozwiązanie małżeństwa. Pobyt za kratami niestety nie zmienił jego osobowości. Niedługo po opuszczeniu więzienia, 9 listopada 1979 roku, ponownie wyruszył na „polowanie” z młotkiem zawiniętym w kawałek materiału. Później wyjaśnił, że młotek owijał materiałem, ponieważ kiedy wkładał go za pasek… było mu zimno w brzuch.

Kolejną jego ofiarą była 21-letnia pielęgniarka, Irena. Nie zgwałcił jej. Potrzeba oglądania była u niego dominująca. Podniecała go masturbacja nad rozebranymi, nieruchomymi kobietami. Później opowiadał, że widok i zapach były dla niego bardzo istotne. Po jednym z napadów  długo nie mył rąk, ponieważ palce nadal pachniały napadniętą przez niego kobietą.

Delektowałem się tym – mówił.

Po napadzie na Irenę, Tuchlin podczas ucieczki z miejsca zdarzenia przez rzekę Radunię, zgubił swój młotek. Kiedy milicja znalazła narzędzie, okazało się, że na metalowej części wytłoczony był skrót ZNTK (Zakłady Naprawcze Taboru Kolejowego). Firma mieściła się w Gdańsku. Milicjanci otrzymali listę blisko 2 tysięcy pracowników, którzy mieli dostęp do podobnych młotków. Każdego z nich sprawdzono. Właśnie tam pracował Paweł Tuchlin, ale o dziwo jego nazwiska nie było w wykazie. Jak się później okazało, doszło do zwykłego przeoczenia działu kadr, ponieważ był nowym pracownikiem i zapomniano umieścić go na liście. Być może gdyby wtedy milicja miała szansę przyjrzeć mu się, morderca przestałby bezkarnie chodzić na wolności… Inna sprawa, że funkcjonariusze szybko przestali traktować młotek jako narzędzie zbrodni, ponieważ dowiedzieli się, że w okolicy poluje się przy jego pomocy na wodne szczury. Uderza się je właśnie owiniętym  w materiał młotkiem tak, aby futro zwierząt nie uległo zniszczeniu.

Następny raz Tuchlin dał o sobie znać 1 lutego 1980 roku. Był wieczór, kiedy zauważył w autobusie Anastazję, pracownicę gdańskiej centrali rybnej. Wysiadł na tym samym przystanku, co ona. Chwilę później zaatakował ją młotkiem. Ciosy okazały się śmiertelne, a on, jak zawsze, był niezwykle podekscytowany widokiem bezwładnego ciała kobiety.

Kolejna zbrodnia miała miejsce 29 kwietnia 1980 roku. Alicja została znaleziona przy polnej drodze. Od pasa w dół była obnażona. Zginęła od ciosów młotkiem. Zwyrodnialec zabrał jej obrączkę.

Następna na krwawej liście Tuchlina znalazła się 22-letnia Cecylia. 17 września 1980 roku dziewczyna była na ostatnich przymiarkach sukni ślubnej. Niestety, okrutny los postawił na jej drodze Pawła Tuchlina… Znaleziono ją na skaju lasu. Zwyrodnialec „po wszystkim” wyciągnął z jej torebki ciastka i zjadł nad ciałem. Przeszukiwanie torebki ofiary było jego rytuałem.

 

Charakterystyczne dla wielu sprawców jest to, że zabierają swoim ofiarom drobne przedmioty. Traktują je jak pamiątki, które przypominają im o dokonanej zbrodni. Dzięki temu mogą jeszcze długo fantazjować i wspominać dokonane przez siebie czyny. Często te przedmioty nazywają właśnie trofeami. Tak jak trofea myśliwskie. W ten schemat doskonale wpisał się Paweł Tuchlin, a analogia myśliwska towarzyszyła mu od początku popełnienia zbrodni (polowania) do końca (zdobycia trofeum).

Cecylia została pochowana w sukni ślubnej, w której nie dane jej było zaprezentować się za życia.

Zwyrodnialec ponownie zaatakował 19 listopada 1980 roku w Malborku. Tym razem, nietypowo, użył metalowego pręta. Zwłoki kobiety zostały znalezione dwa dni później.

W Gdańsku znowu dał o sobie znać 12 grudnia. Jednak w chaosie przełomu społeczno-politycznego, jaki miał miejsce w tamtym okresie, ataki z użyciem młotka nie zostały ze sobą powiązane. Był to czas stanu wojennego i,  jak widać, milicja miała ważniejsze sprawy do załatwienia…

 

Dwa oblicza

W 1980 roku Paweł Tuchlin ponownie się ożenił. Tym razem obrączkę włożył na palec Reginie. Małżeństwo przeniosło się do Góry, rodzinnej wsi mężczyzny. Szybko urodziło się im dziecko – synek. Może zastanawiać, jak to możliwe, że Tuchlin będący bezwzględnym mordercą, jednocześnie założył rodzinę. Jego żona nie miała świadomości z kim się związała. Według niej mąż był spokojny, serdeczny i troskliwy. Dobrze mówili też o nim sąsiedzi. Okazuje się, że Paweł Tuchlin nie jest tu wyjątkiem. Zdaniem kryminologów przestępcy seksualni to ludzie najczęściej o dwóch twarzach. Najbliżsi wypowiadają się o nich w samych superlatywach.

< 1 2 3 4>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze

[fbcomments]