Komisarz Nowaczyk od zawsze był wielkim miło­śnikiem teatru. Jako nastolatek marzył o szkole aktorskiej, ale życie tak mu się potoczyło, że ukoń­czył policyjną szkołę oficerską o specjalności kryminologia i kryminalistyka. Nigdy nie narzekał na swoją pracę, ale nie bez powodu koledzy z wydziału wołali na niego „Szekspir”.

Ile to razy kumple umawiali się gdzieś na ryby, albo na męską wódeczkę, a on – razem z żoną Anetą, absolwent­ką filologii polskiej – jechali do teatru. Niekiedy nawet 100 kilometrów. Dla nich teatr był magicznym miejscem, a jednocześnie doskonałą odskocznią od codziennych trosk i problemów. Zarówno zawodowych, jak i tych osobistych, a nawet małżeńskich. Bo któż ich dzisiaj nie ma!

Przed kilkoma laty, przy okazji urlopu nad Bałtykiem, dzięki znajomemu inspicjentowi, Nowaczyk zajrzał za kulisy jednego z pomorskich teatrów. Nie zdawał sobie sprawy, ile nowoczesnej techniki składa się na zwykły spektakl. Oprócz pracowników teatru, niewiele jest osób, które mają okazję przekonać się, jakie cuda można osiągnąć, umiejętnie steru­jąc odpowiednimi mechanizmami, jak sprawić, by spektakl operowy czy baletowy budził podziw i zaskakiwał. A to wszystko dzięki sztankietom, mostom oświetleniowym, zapadniom, wózkom scenicznym i obrotowej scenie. Nie można zapomnieć o generatorach dymu i mgieł, kolorowych światłach zmieniających się niczym w kalejdoskopie.

Tym razem Nowaczykowie gościli w Teatrze „Staropolskim” na południu Polski. Mała, powiatowa placówka, która od lat ledwie wiązała koniec z końcem. Komisarz bardzo lubił tę placówkę, mieszczącą się w przedwojennym budynku. Daleko jej było do nowoczesności. Lekko podniszczone fotele, słaba widoczność sceny z widowni, nienajlepsza akustyka, brak wentylacji. Ale eleganckie wnętrza, zdobione ściany, kryszta­łowe, bogate żyrandole w kameralnej sali pozwalały stworzyć jedyną w swoim rodzaju atmosferę, dzięki której widzowie mogli przenieść się w świat niezwykłych historii. I ta budka suflera na przedniej krawędzi sceny. Oryginalna, elegancka muszla, podobno jeszcze z początku XX wieku. Dzisiaj nie­mal nigdzie ich już nie ma, a przecież kiedyś były w każdym teatrze. Wszyscy widzowie wiedzieli, kto i po co tam siedzi i była ona naturalnym elementem sceny. Inna rzecz, że już wtedy przeszkadzała niektórym reżyserom, bo teatralna sce­nografia zaczynała nabierać coraz większego znaczenia. Budka suflera raziła w oczy i dlatego od wielu lat miejsce suflera jest albo za kulisami, albo w pierwszym rzędzie na widowni.

Nawet w tym ostatnim przypadku jest on niewidoczny dla widzów. Zapyta ktoś, jak pozostać niewidocznym, kiedy podpowiada się z widowni? Okazuje się, że współcześni suflerzy mają swoje sposoby. Mogą podpowiedzieć za pomocą mimiki lub pokazania czegoś palcem. Najczęściej jednak sufler jedynie podszeptuje fragmenty kwestii, spe­cjalnie wypracowanym szeptem scenicznym, praktycznie niesłyszalnym dla osób zasiadających na widowni…

Spektakl, tym razem monodram Janusza Kwiecińskiego pt. „Jesteś moim natchnieniem”, dobiegł końca. Widzowie byli urzeczeni, końcowe oklaski zdawały się nie mieć końca. Kurtyna podnosiła się i opadała, a brawa nie mil­kły. I nagle… stało się coś nieprzewidywalnego. Aktor trzymający bukiet kwiatów osunął się na ziemię. Czyżby zasłabł od fety zgotowanej przez widownię? Nadmiar wra­żeń i dobrych emocji? A może przemęczenie?

– Czy jest na sali lekarz? Potrzebna pomoc! – krzyknął któryś z aktorów.

Nowaczyk szybkim krokiem podszedł do sceny. Miał za sobą kilka kursów udzielania pierwszej pomocy, mógł się przydać. Ktoś już był przy leżącym na scenie aktorze.

– Boże… On nie żyje… Niemożliwe… Ktoś go zastrzelił – usłyszał strzępy rozmów.

„Chyba się przesłyszałem” – pomyślał. Jednak się nie mylił. W grupie kilku osób był lekarz, który odkrył na klatce piersiowej aktora ranę postrzałową. Nie było wątpli­wości. Janusz Kwieciński został zastrzelony, a kula utkwiła w okolicach serca.

Nowaczyk wyjął legitymację policyjną.

– Proszę zamknąć drzwi wyjściowe. Nikt nie ma pra­wa opuścić budynku – powiedział jednemu z ochroniarzy, który znalazł się na scenie.

– Musiał go zabić ktoś z widowni – komentował kilka minut później jego kolega, kiedy zjawiła się grupa docho­dzeniowo-śledcza z miejscowej komendy policji. Sprawa była co najmniej zagadkowa. Nikt z widzów, a było ich tylko czterdziestu, bo tylu mieściła ta kameralna sala, nie spostrzegł napastnika, nikt nie widział też momentu odda­nia strzału. Kto zatem strzelał?

– Trzeba będzie dokładnie przesłuchać wszystkich widzów. Ktoś z nich przecież musiał pociągnąć za spust – stwierdził jeden z dochodzeniowców.

– Zabójca nie musiał siedzieć na widowni. Już się nawet domyślam, skąd padł strzał – stwierdził nagle komisarz.

 

Czytelniku, a czy Ty domyślasz się, jak doszło do zabójstwa?

 

Rozwiązanie zagadki kryminalnej na kolejnej stronie.

1 2>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze