Łukasz J. i Kamil N. napadali na kochanków baraszkujących w autach na obrzeżach miasta. Bandyci z nożem i kijem bejsbolowym zamieniali namiętne seks-schadzki w okrutne dreszczowce. Przez długie tygodnie czuli się zupełnie bezkarni siejąc grozę wśród zakochanych par, spółkujących w leśnej głuszy na tylnym siedzeniu samochodu.

Łukasz J. i Kamil N. pracowali w jednej z dużych olkuskich firm ochroniarskich. Poznali się, gdy zostali przydzieleni razem do patrolu, który w godzinach wieczornych i nocnych jeździł na wezwania alarmowe i prewencyjnie objeżdżał miejsca i obiekty użyteczności publicznej objęte ochroną. Mieli za sobą kilka udanych akcji – raz zatrzymali pijanych nastolatków demolujących przystanek, innym razem ujęli i przekazali policji dwóch rosłych drabów, którzy włamali się do jednego z chronionych przez nich budynków.

 

Kamraci z patrolu

Ochroniarze szybko się zaprzyjaźnili. Wyjątkowo dobrze rozmawiało się im o pracy, kobietach, piłce nożnej i ogólnie o życiu. Po kilku wspólnych patrolach, mężczyźni co jakiś czas zamieniali prewencyjne wyjazdy na stacjonarne postoje w uliczce na obrzeżach miasta, gdzie ucinali sobie drzemkę lub grali na przenośnej konsoli. Ruszali do akcji tylko na pilne wezwania. Po kilku tygodniach beztroska bumelantka wyszła na jaw – obaj stróże stracili pracę i wylądowali na bruku. Łukasz szybko zatrudnił się w jednym z miejscowych hipermarketów, gdzie codziennie wolnym krokiem patrolował alejki sklepowe i okolice kas. Kamil szukał zajęcia i póki co utrzymywał się z zasiłku dla bezrobotnych.

Obaj trzydziestolatkowie wciąż utrzymywali ze sobą luźny kontakt. Niemal co piątek chodzili razem na piwo, oglądali wspólnie transmisje meczów, co jakiś czas wymieniali się smsami. Podczas jednej z rozmów telefonicznych Łukasz podzielił się z kompanem swoim nowym pomysłem na interes.

– Słuchaj stary, ja już mam dość tego szwendania się po sklepie i łapania jakiś dzieciaków z batonami schowanymi w rękawach. I to za psie pieniądze! Olewam tę robotę! Mam pomysł jak łatwo i szybko zarobić dobre pieniądze! Ale to nie rozmowa na telefon – oznajmił rozentuzjazmowany.

Panowie jeszcze tego samego wieczora umówili się na piwo w jednym z olkuskich barów.

– Kojarzysz ten duży park na obrzeżach miasta, kawałek za nowo wybudowanym osiedlem? Zauważyłem, że od jakiegoś czasu zjeżdżają tam goście z różnymi babeczkami i się parzą na tylnym siedzeniu samochodu. Poważnie, przejdź się tam, zobacz ile gumek leży przy drodze! – relacjonował Łukasz.

– Taa, też słyszałem, że tam się kochają w autach, ale co my mamy do tego? – nie bardzo rozumiał Kamil.

– Nie łapiesz? Weźmiemy kosę, kominiarkę na twarz, zapukamy w szybę i grzecznie poprosimy o wydanie kasy i telefonów! – Łukasz obrazowo przedstawił swój plan. – Wszystko dokładnie przemyślałem! Na tym odludziu nikt nie będzie nawet protestował. Poza tym na bank nikt nie piśnie nawet słówka, ani nie pójdzie na policję, bo jak się wytłumaczą z tego co w parku i z kim robili? „Panie komisarzu, pukałem sobie koleżankę z pracy w aucie, tylko nie mów pan mojej żonie, bo ona myślała, że zostałem dłużej w biurze.” Ta akcja musi się udać! – pewny siebie namawiał kompana.

Kamil szybko dał się przekonać do pomysłu swojego towarzysza. Wspólnie ustali, że łupem będą się dzielić po połowie, a zrabowane telefony oddadzą do lombardu lub wcisną komuś na ulicy.

 

Pierwszy skok zaplanowali już następnego wieczora. Do akcji przyszykowali niezbędne akcesoria – solidny nóż kuchenny, kij bejsbolowy i kominiarki. Obaj doskonale wiedzieli co robić, aby siać postrach wokół siebie – w końcu jeszcze niedawno na patrolach w uniformach ochroniarzy ścigali agresywnych typków spod ciemnej gwiazdy. Teraz zamienili się z nimi miejscami i przeszli na drugą stronę barykady. Plan był nadzwyczaj prosty: Łukasz miał z nożem podejść od strony kierowcy i przytknąć ostrze do ciała, a Kamil z pałką zamierzał napędzić strachu facetowi nie oszczędzając szyb ani maski.

 

Przerwana namiętność

Łukasz i Kamil znaleźli się parku tuż po godzinie 22. To był wyjątkowo ciepły, czerwcowy wieczór. Zagajnik pogrążył się w mroku, a w powietrzu unosił się intensywny zapach kwitnącego o tej porze roku jaśminowca. Pomiędzy drzewami, w zacisznym miejscu na uboczu stał zaparkowany samochód Opel Corsa. W środku młoda, dwudziestokilkuletnia parka oddawała się cielesnym rozkoszom. Z auta dobywały się delikatne jęki i zmysłowe westchnienia. Cicho skrzypiące zawieszenie Opla zdradzało to, co działo się na rozłożonym siedzeniu. Mimo panującej w okolicy ciemności dało się też zauważyć sylwetki dwojga młodych ludzi splecionych w miłosnym uścisku.

Bandyci nie mieli wątpliwości, że znaleźli właśnie to, czego szukali. Założyli na głowę kominiarki i dyskretnie zbliżyli się do auta. Łukasz zapukał do szyby.

Zaskoczona parka przerwała swoje miłosne uniesienia. Agresor nie czekając na reakcję sam szarpnął za klamkę, otworzył drzwi i przystawił nóż do szyi zdezorientowanemu półnagiemu chłopakowi. Kamil z całym impetem przyłożył kijem bejsbolowym w maskę auta.

– Co jest panowie? O co chodzi?! – młody kochanek wystraszył się nie na żarty. Jego dziewczyna, cała zdyszana, z rozpalonymi z podniecenia policzkami, odruchowo zaczęła zasłaniać rękami imponujące piersi.

– Dosyć tego dobrego! – oznajmił Łukasz stanowczym tonem. – Należy się opłata za seks w miejscu publicznym! – próbował zażartować, po czym przyciskając do ciała dziewczyny brudne ostrze noża wrzasnął: – Dawać pieniądze, wszystko co macie w portfelu! Bo zaraz kochasiowi stanie się krzywda i już nigdy więcej nie zamoczy!

Młodzi ludzie, jeszcze przed chwilą spleceni w miłosnej ekstazie, teraz drżącymi ze strachu rękami sięgnęli po ubrania rzucone na siedzenie, aby wyjąć z nich portfele. Wystraszeni rozglądali się na wszystkie strony, ale w ciemnej, leśnej głuszy nie widzieli innej, żywej duszy, która mogłaby przyjść im z pomocą. Bez wahania przekazali bandytom całą gotówkę, jaką mieli przy sobie. W sumie było to około 200 zł.

– Nooo, to mi się podoba! – ucieszył się Łukasz wciąż wymachując nożem w dłoni. – A teraz dawać komóreczki, ale już!

Pasażerowie auta spełnili także to żądanie. Wówczas jeden ze zbirów sięgnął ręką do stacyjki przy kierownicy i wyjął z niej kluczyki.

– To tak na wszelki wypadek… Za 10 minut możecie wyjść po kluczyki, które znajdziecie na ławce 100 metrów stąd. I nawet nie ważcie się iść po nie wcześniej! – powiedział stanowczym tonem.

Bandyci żwawym krokiem ruszyli w stronę miasta uradowani nadzwyczaj łatwym i szybkim łupem. Po drodze, zgodnie z deklaracją, zostawili na pobliskiej ławce klucze do samochodu.

1 2>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze