Terror bodyguardów

Kolejny skok zaplanowali dwa dni później. Znowu po zmroku trafili do olkuskiego parku, gdzie krążyli pomiędzy drzewami w poszukiwaniu amatorów samochodowej miłości. Dochodziła północ, gdy w jednym z ustronnych miejsc natrafili na auto. Tym razem para kochanków okazała się nieco starsza i bardziej frywolna od poprzedniej. Para zamiast ciasnego i niewygodnego siedzenia wybrała samochodową maskę do uprawiania miłości. Bez skrępowania sprawdzali na niej wszelkie możliwe pozycje nie przypuszczając, że ktokolwiek mógłby zapuścić się o tej porze w te odludne rejony parku.

Łukasz i Kamil, z nożem i pałką w rękach, przez kilka minut delektowali się nietypowym i podniecającym widokiem zanim ruszyli do akcji. Gdy kochankowie ujrzeli dwóch rosłych i zamaskowanych drabów wyłaniających się spomiędzy krzaków, co tchu zaczęli się ubierać. Udało im się wsiąść do auta, ale nie zdążyli uruchomić silnika – Kamil zaatakował kijem bejsbolowym przednią szybę, a Łukasz przez uchylone okno podsunął mężczyźnie nóż do szyi rozkazując oddać kluczyki.

Scenariusz był niemal identyczny jak przy poprzednim napadzie – para została ograbiona z zawartości portfeli i telefonów komórkowych. Argument w postaci noża przyciskanego do grdyki nie mógł zadziałać inaczej. Tym razem łupem padło niespełna 500 zł i dwa nowoczesne, dotykowe aparaty.

Bandyci czuli się coraz pewniej w parku na obrzeżach Olkusza. Coraz odważniej poczynali sobie w tych odludnych zarośniętych ostępach. Kolejne napady na zaszytych w leśnej głuszy kochanków uchodziły im na sucho zamieniając namiętne seks-spotkania w barbarzyńskie dreszczowce. Po całym Olkuszu, zwłaszcza wśród młodszych, zmotoryzowanych rozeszła się wieść o opryszkach rujnujących erotyczne schadzki.

Po jednej z udanych akcji Kamil z Łukaszem usiedli w barze przy piwie. Po kilku kolejkach Kamila ruszyły wyrzuty sumienia. Zwierzył się kompanowi ze swoich rozterek.

– Chyba już powinniśmy dać sobie spokój… Prędzej czy później mogą nas złapać, a to niczym dobrym się nie skończy – mówił.

– Daj spokój, co ty bredzisz?! Tak naprawdę nie ma nic złego w tym co, robimy! Przecież oni wszyscy zdradzają żony i mężów i się p… pod gołym niebem! A my im to wybijamy z głowy! – wymyślił na poczekaniu filozofię rozbojów.

– W sumie jak tak na to spojrzeć… – Kamil przyznał rację.

Uzbrojeni w nową koncepcję rozbojów wziętą rodem z mrocznego thrillera „Siedem” ruszyli po raz kolejny wymierzać sprawiedliwość cudzołożnikom, sowicie i bez większego wysiłku się na tym  bogacąc.

 

Wpadka

Ochroniarze mogliby jeszcze długo siać grozę w olkuskim parku, ale prosty błąd, który popełnili, przerwał pasmo brutalnych napadów i ostatecznie zaprowadził ich za kartki.

Kilka z telefonów, które trafiły w ręce zbirów, Łukasz J. po trzech tygodniach od pierwszego skoku sprzedał w miejscowym lombardzie. Tymczasem kilku z poszkodowanych, wbrew założeniom pewnych siebie ochroniarzy, zdecydowało się zgłosić sprawę na policję. Mężczyźni złożyli zeznania, podali zbliżony wygląd sprawców, przekazali również numery IMEI, czyli indywidualne numery seryjne skradzionych telefonów. To dzięki nim już kilka dni po zgłoszeniu udało się zlokalizować dwa zrabowane aparaty. Właściciel komisu znał Łukasza, więc szybko wskazał śledczym, gdzie można go znaleźć.

Policjanci z miejscowego wydziału kryminalnego zatrzymali mężczyznę do wyjaśnienia. Początkowo Łukasz J. nie przyznawał się do niczego, twierdząc, że ze sprawą nie ma nic wspólnego. Zrzedła mu mina, gdy śledczy znaleźli w jego mieszkaniu zrabowane telefony, nóż oraz kominiarkę.

– Kominiarkę mam jeszcze z czasów, gdy pracowałem w ochronie… – tłumaczył się mętnie. Nie potrafił jednak logicznie wyjaśnić skąd wzięło się w jego domu kilkanaście aparatów telefonicznych.

W międzyczasie na przesłuchanie został przywieziony jego kompan, Kamil N., którego dane i adres Łukasz przekazał mundurowym. Mężczyźni początkowo nie przyznawali się do rozbojów wzajemnie obarczając się winą.

– Nie mam z tym nic wspólnego! Ja tylko stałem z boku! Pilnowałem, czy nikt nas nie obserwuje – przekonywał Kamil N. Niemal w identyczny sposób tłumaczył się Łukasz. Śledczy nie dawali wiary takiej wersji zdarzeń – według zeznań pokrzywdzonych obaj mężczyźni aktywnie uczestniczyli w zajściach, wymachując nożem i kijem bejsbolowym. Wreszcie, przyciśnięci do muru podczas przesłuchania, podejrzani wyjawili prawdziwy przebieg zdarzeń. Zdradzili swój wyrodny pomysł na szybki zarobek kosztem par umawiających się na schadzki.

– Wzięliśmy od nich parę złotych, zabraliśmy im telefony… Ale nigdy nikomu nie zrobiliśmy krzywdy, nikogo nie tknęliśmy palcem! – zarzekał się Łukasz.

– W istocie żaden z pokrzywdzonych nie odniósł fizycznych obrażeń podczas rozbojów, ale groźba użycia przemocy była bardzo realna i to wokół niej obracało się całej zajście. Nikt przecież dobrowolnie nie oddawał swoich pieniędzy i telefonów! Pamiętajmy też, że po takim zajściu w ludzkiej psychice na długo pozostaje uraz – argumentował jeden ze śledczych przed podjęciem decyzji z jakiego paragrafu będą odpowiadać ochroniarze.

Prokuratorzy postawili obu bandytom zarzut rozboju z użyciem niebezpiecznego narzędzia, za co zgodnie z kodeksem karnym grozi nawet 12 lat pozbawienia wolności. Sąd Okręgowy w Krakowie zdecydował o tymczasowym aresztowaniu zbirów.

 

Z parku na ławę oskarżonych

Proces przed krakowskim sądem ruszył na początku 2010 r. Obrońcy oskarżonych walcząc o jak najniższy wymiar kary podkreślali pozorną łagodność rozbojów dokonywanych przez swoich klientów, którzy choć grozili użyciem noża, to jednak nigdy nie posunęli się do zadania ciosów. Opisy tego, co działo się w olkuszowym lesie przytoczone przez poszkodowanych były jednak dalekie od określenia „łagodne”.

– Jeden z nich walił jak oszalały kijem bejsbolowym w maskę samochodu. Drugi cały czas trzymał mi na szyi nóż, przyciskał ostrze od skóry, że aż trudno było mi przełknąć ślinę. Wyglądali na bandytów gotowych zrobić wszystko, nawet zabić, gdybyśmy nie spełnili któregokolwiek z ich żądań – zeznawał jeden z pokrzywdzonych mężczyzn.

– Wciąż dochodzę do siebie po tym wszystkim! Minęło już tyle miesięcy, a ja nadal boję się wchodzić do lasu, oglądam się za siebie wsiadając do samochodu – mówiła przez łzy jedna z kobiet, która padła ofiarą zbirów.

 

Sędziowie nie mieli wątpliwości, że bandyci dopuścili się brutalnych – choć na szczęście bezkrwawych – rozbojów kierując się chęcią zysku, chcąc w prosty i prymitywny sposób poprawić swoją sytuację finansową.

– Mężczyźni napadali na bezbronnych ludzi wykorzystując element zaskoczenia. Dokonywali rozboju w odosobnionych miejscach podczas intymnych spotkań, tak, aby nikt nie był w stanie przeciwstawić się ich żądaniom. Bulwersującym jest również fakt, że kiedyś oskarżeni pracowali w mundurach ochroniarzy, mieli dbać o bezpieczeństwo oraz chronić osoby i mienie publiczne. Teraz sami weszli w konflikt z prawem, pozbawiając innych poczucia bezpieczeństwa. To zachowanie zasługujące na potępienie – mówił sędzia ogłaszając wyrok trzech lat pozbawienia wolności. Zgodnie z kodeksem karnym był to minimalny wymiar kary za tego typu przestępstwo.

– Mało! – orzekli krakowscy prokuratorzy i postanowili odwołać się od wyroku, uznając, że jest zbyt łagodny. Opłaciło się. Sąd Apelacyjny w Krakowie po czterech miesiącach przychylił się do wniosku prokuratury zaostrzając karę – zasądził Łukaszowi J. i Kamilowi N. po 4,5 roku więzienia.

Wyrok uprawomocnił się w grudniu 2010 roku. Zdegenerowani ochroniarze trafili tam, gdzie jeszcze niedawno sami eskortowali awanturujących się zbirów i chuliganów – za kraty.

 

Konrad Buraczewski

Personalia oraz niektóre okoliczności zostały zmienione.

< 1 2

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze

[fbcomments]