Zamiast sprawcy tragicznych zamachów, policja aresztowała całkowicie niewinnych ludzi. Jednym z nich była Shriley Kirk, chora na reumatyzm, niskiego wzrostu właścicielka białego vana Chevrolet Astro, a zarazem żona Raya Kirka, który posiadał białą pudełkowatą ciężarówkę Isuzu. Przygotowując się do otwarcia własnego sklepu ze starymi meblami jeździli po trasach wokół stolicy tak często, że wreszcie złożyli na nich donos sąsiedzi.

W rezultacie dwoje przyzwoitych obywateli, mocno po pięćdziesiątce i nie najlepszego zdrowia, padło ofiarą planowanej przez wiele dni zasadzki, z zastosowaniem całej taktyki praktykowanej w chwytaniu terrorystów.

Specgrupa zaskoczyła ich na polnej drodze, wyciągnęła z samochodów, rzuciła na ziemię i skuła kajdankami. „Najbardziej martwiłam się o męża, czy to wszystko przeżyje – mówiła później Shirley Kirk. – Ja to sobie ze wszystkim poradzę, natomiast Ray jest chory na serce. Leżałam więc przy drodze, a agenci wciskali mi twarz w grunt stanu Delaware tak mocno, że nie mogłam spytać o męża”. Potem brygada zawiozła podejrzaną parę na ich farmę, gdzie zrewidowali dom, a uspokoili się nareszcie na widok sterty starych mebli, zgromadzonych na użytek planowanego sklepiku. I rozkuli im kajdanki na rękach.

W kilka miesięcy później, gdy już było po wszystkim, Shirley Kirk powiedziała reporterom: „Wybaczyłam sąsiadom. Już ich nie obwiniam za ten donos. Nie czuję też urazu do policji. Każdy wtedy wykonywał swoją pracę, tak jak umiał”.

Kobieta wykazała się wyjątkową wyrozumiałością, która w tamte październikowe dni stawała się coraz rzadszym uczuciem wśród pięciu milionów ludzi zamieszkujących zagrożony rejon. W połowie października ludność nie kryła, że ma dość licznych przykładów nieudolności policji, ciągłych blokad na trasach szybkiego ruchu, sprawdzań pojazdów pod szkołami, odwoływania imprez sportowych, a wreszcie powszechnego odczucia strachu, wyrażającego się przemykaniem pod ścianami domów i tankowaniem na klęcząco. Ludzie domagali się szybkiego ujęcia sprawcy czy też sprawców terroryzmu, a tym samym powrotu do normalnego życia.

 

Przerwana cisza

W tej atmosferze minęło pięć niespokojnych dni. Całe pięć dni bez wystrzału, co dawało iluzję bezpieczeństwa i powód do wszystkich możliwych domysłów. Czy terroryści zaspokoili już żądzę krwi? Czy to milczenie stanowiło tylko jakiś celowy zabieg taktyczny służący chwilowemu zatarciu śladów?

 

19 października 2002 r. małżeństwo Jeffrey i Stephanie Hopper podróżowali z Florydy do swoich krewnych w Pensylwanii, zagrożoną trasą międzystanową numer 95. Z prasy i z telewizji znali sytuację na tej trasie w rejonie Waszyngtonu. Jeszcze przed wyruszeniem w drogę otrzymywali zewsząd życzliwe ostrzeżenia, by po prostu jechać przed siebie i nie zatrzymywać się w centrach obsługi przy 95-tce. Na to jednak nie było sposobu; pod koniec dnia musieli coś zjeść. Tuż przed godziną ósmą wieczorem szli do samochodu na parkingu restauracji Ponderosa w Ashland w stanie Wirginia, gdy kobieta usłyszała odgłos wystrzału i ze zdumieniem spostrzegła jak mąż osuwa się na asfalt. „Dostałem postrzał!” – zdołał wykrztusić z siebie kilka słów.

Minęły trzy dni, zanim znowu usłyszała jego głos. Jeffrey Hopper, 37-letni piosenkarz i kompozytor muzyki country, zdołał utrzymać się przy życiu dzięki pięciokrotnym operacjom. Pocisk po ugodzeniu w brzuch rozszerzył objętość, a jego ostre i postrzępione brzegi dokonały spustoszenia w organach wewnętrznych. Ofiara zamachu straciła śledzionę, część trzustki i dwie trzecie żołądka. Małżeństwo nigdy nie dotarło do celu podróży.

Natychmiast po kolejnym akcie terroru policja roztoczyła nad przypuszczalnym rejonem ucieczki sprawcy szczelną sieć kontroli. Świadkowie znów opowiadali o białym samochodzie z dwoma mężczyznami. Ucierpieli kierowcy na trasie 95 w rejonie Richmond w stanie Wirginia i na szosach dojazdowych. W blokadach policyjnych utkwiły tysiące ludzi, z których wielu wróciło z pracy do domu dopiero nad ranem.

 

Blisko celu

Następnego dnia po strzelaninie, w niedzielny wieczór 20 października, snajper nawiązał drugi z kolei kontakt z polującymi na niego policjantami. Tym razem zatelefonował na gorącą linię FBI i podał dokładne namiary na las otaczający restaurację Ponderosa. Tam policja znalazła przytwierdzony do drzewa plastikowy pakunek, a w nim czterostronicowy list. Charakter pisma i styl wskazywał, że napisała go ta sama osoba, która przed kilkunastoma dniami pozostawiła wiadomość na karcie do wróżenia z wyobrażeniem śmierci. Znaczna ilość błędów ortograficznych oraz interpunkcyjnych świadczyła o brakach w wykształceniu autora. Mówił o tym również styl, już od pierwszych dziwacznych słów.

„To do Ciebie, panie Policjo. Nazywam się Bóg. Nie wolno ujawniać treści tego listu prasie” – pisał snajper, przypominając o poprzednich, nieskutecznych próbach skontaktowania się z policją. Funkcjonariusze zdawali sobie sprawę, że nie żartuje. Domagał się wpłacenia 10 milionów dolarów na podany numer konta w Bank of America. Numer należał do karty kredytowej, wydanej przez ten sam bank, skradzionej 25 marca 2002 roku kierowcy autobusu linii Greyhound na krótkiej trasie w stanie Arizona. Snajper domagał się od policji błyskawicznego działania i całkowitej gwarancji bezpieczeństwa przy pobieraniu okupu z bankomatów. W zamian nie obiecywał nic. Nawet słowem nie wspomniał w liście o zaprzestaniu morderstw. Wręcz przeciwnie: na wypadek niespełnienia żądań lub prób wykorzystania bankomatów jako pułapek, człowiek określający siebie Bogiem groził kolejną serią akcji terrorystycznych: „Gdy spróbujecie nas złapać, będziecie mieli na składzie coraz mniej worków na zwłoki. Wasze dzieci nie są bezpieczne w żadnym miejscu i w żadnym czasie”.

Policja podjęła natychmiast nieudane próby skontaktowania się z nadawcą listu, lecz snajper okazał się człowiekiem precyzyjnym chyba tylko w strzelaniu do niewinnych ludzi. Nie potrafił poradzić sobie z ustaleniem skrzynki kontaktowej; podany przez niego numer telefonu był mylny i uniemożliwiał porozumienie. Władze powołane do schwytania snajpera mogły tylko snuć domysły na temat jego osoby.

Czy jest to rzeczywiście terrorysta powiązany z jakąś organizacją, czy też człowiek działający z pobudek zemsty lub dla korzyści finansowych? Czy działa w pojedynkę? Chyba nie, bo w ostatnich zdaniach listu pisze w liczbie mnogiej.

Na tych domysłach upłynęła niedziela 20 października. W tym dniu działające niezależnie od siebie dwa patrole policyjne zatrzymały i sprawdziły podejrzanie wyglądający samochód osobowy Chevrolet Caprice rocznik 1990 z tablicą rejestracyjną stanu New Jersey. Pierwsza interwencja nastąpiła o godzinie trzeciej po południu w okolicach Richmond w stanie Wirginia. Komputerowe sprawdzenie wykazało, że kierowca ma czyste konto. Policjanta wcale nie zdziwił fakt, że w październiku ten właśnie samochód został zatrzymany na trasach wokół stolicy kraju aż sześć razy. Nie zaintrygowało to również kolejnego policjanta, któremu ten dziwny samochód wpadł w oko już dwie godziny później, w pobliżu miejscowości Glen Allen na obrzeżach Richmond. Znowu sprawdzenie za pomocą komputera, z tym samym wynikiem: skontrolowany w ciągu ostatniego miesiąca aż osiem razy Chevrolet Caprice nie brał udziału w żadnym przestępstwie.

Gdyby jednak policjanci wykazali się większą wnikliwością i spróbowali pod jakimś pretekstem zajrzeć do bagażnika, dokonaliby rewelacyjnego odkrycia. Ten stary Chevrolet Caprice był ruchomą fortecą, przemierzającą bez większego trudu systematycznie kontrolowane trasy w kilku stanach wokół Waszyngtonu.

< 1 2 3 4>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze

[fbcomments]