Ostatnia ofiara

Sprawca (czy też sprawcy?) terroru mieli już tego wszystkiego dość i zwyczajnie pałali gniewem. Policja nie była w stanie dać odpowiedzi na list w sprawie 10 milionów dolarów, bo zawiodły wszystkie sposoby nawiązania kontaktu. Brak możliwości szybkiego zawładnięcia aż tak ogromną ilością pieniędzy powodował desperackie zachowania snajpera. Telefonował on do całkiem przypadkowych osób, wśród nich do księdza w jednej z parafii, próbując znaleźć pośrednika w przekazaniu okupu. Wszystkie próby okazały się jednak chaotyczne i bezowocne. Toteż do głosu znowu doszedł snajperski karabin.

Po trzech dniach przerwy padła kolejna ofiara. Kilka minut przed szóstą rano, we wtorek 22 października 2002 roku, od postrzału w brzuch zginął Conrad Johnson, 35-letni kierowca. Został wzięty na cel w typowej dla siebie codziennej sytuacji, gdy przed wyruszeniem w trasę pił kawę na parkingu w Aspen Hill w stanie Maryland.

Świadkami tragedii było wielu jego kolegów – kierowców. Choć po parkingu kręciło się mnóstwo ludzi, snajper wybrał najtrudniejszy cel. Johnson, Murzyn z Jamajki, mąż i ojciec dwojga dzieci, był jednym z najbardziej cenionych pracowników firmy przewozowej Ride-On. W chwili postrzału stał na ostatnim stopniu swego autobusu, a drzwi zasłaniały go niemal całkowicie.

Natychmiast zgłosili się świadkowie dramatu, dostarczając opisów postaci zamachowca aż tak drobiazgowych, że – jak się to miało już wkrótce okazać – będących wyłącznie wytworem wyobraźni. Snajper był jak z filmu: wysoki, w masce, ubrany na czarno, trzymał w ręku strzelbę i przebiegał przez trawnik w stronę budynku, z którego miał doskonały widok na miejsce zbrodni. Policja poszła tym śladem i przeszukała wszystkie budynki oraz okolice parkingu. Jednocześnie założono blokady na wszystkich zjazdach z najważniejszych tras szybkiego ruchu w rejonie Waszyngtonu, zamykając na długo most American Legion Bridge pomiędzy stanami Maryland i Wirginia –newralgiczny odcinek dla dojeżdżających do pracy w stolicy. Tego poranka tysiące ludzi wyczerpało już swoją cierpliwość i stojąc w korkach dawało upust frustracjom prześcigając się w złośliwych dowcipach i komentarzach pod adresem bezradnej policji.

Snajper dodał również swój komentarz. Pod koniec dnia policjanci znaleźli nieopodal parkingu kolejny list skreślony tą samą ręką. „Brak kompetencji z waszej strony kosztował kolejne życie” – pisał terrorysta i domagał się od policji bardziej sprawnego działania w przekazaniu okupu. Jeśli to nie nastąpi w najbliższym czasie, ofiarą snajperskich zamachów zaczną padać dzieci!

 

Donos z daleka

Minęły trzy tygodnie. Połączone siły wszystkich agencji odpowiedzialnych za utrzymanie porządku w supermocarstwie nie potrafiły poradzić sobie ze sprawcą terroru. Do polowania na snajpera użyto kilku tysięcy funkcjonariuszy wyposażonych w najnowocześniejszy sprzęt, w tym helikoptery i samoloty rekonesansowe. Bezradność, a właściwie nieporadność policji była rzeczywiście przerażająca. Funkcjonariusze spotkali się z nim twarzą w twarz już kilka razy. On sam pisał listy, telefonował i podpowiadał policji najłatwiejsze sposoby wejścia na jego trop. A pierwszy solidny donos, gwarantujący stuprocentowy sukces w schwytaniu mordercy wpłynął do policji wystarczająco wcześnie, by zapobiec dwóm kolejnym tragediom.

 

W czwartek, 17 października, a więc na dwa dni przed zranieniem inżyniera Jeffreya Hoppera, a na pięć dni przed zamordowaniem kierowcy autobusu Conrada Johnsona, na gorącą linię FBI zatelefonował Robert Holmes z Tacomy w stanie Waszyngton, na przeciwległym krańcu kontynentu. Przedstawił się jako weteran U.S. Army i zgłosił swe podejrzenia wobec byłego kolegi z wojska. Twierdził z całym przekonaniem, że sprawcą terrorystycznego polowania na ludzi w rejonie stolicy kraju nie może być nikt inny, jak tylko John Williams, znany też jako John Allen Muhammad, jego były przyjaciel z okresu służby w Fort Lewis.

Holmes widział go ostatnio w Tacomie na początku lata, w towarzystwie czarnego chłopaka, którego Williams nazywał swym synem. Choć niewątpliwie nie miał on syna w tym wieku. Williams traktował go właściwie jak młodego przyjaciela i mówiąc o nim lub zwracając się do niego używał ksywy „Snajper”. Miało to sens o tyle, że Williams posiadał karabin wojskowy M-16 z celownikiem optycznym i często trenował strzelanie do celu, w towarzystwie owego chłopca, którego chciał wyszkolić na snajpera tak doskonałego jak on sam. Obu mężczyzn już od dłuższego czasu nie ma w Tacomie. To oni strzelają do ludzi w rejonie stolicy.

Williams ma osobiste powody, by mścić się nie gdzie indziej, a właśnie tam. W pobliżu Waszyngtonu schroniła się przed nim jego była żona, uniemożliwiając mu kontakt z trojgiem małych dzieci.

Autor tego donosu wykonał swój obywatelski obowiązek i czekał na ciąg dalszy, którego jednak nie było. Donos utknął wśród dziesiątków tysięcy wszelkiego rodzaju zgłoszeń od społeczeństwa w sprawie tragedii pod Waszyngtonem. I tkwił tam aż do dnia zbrodni popełnionej na kierowcy autobusu.

< 1 2 3 4>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze

[fbcomments]