Dawid Berkowitz lubił tę złą sławę, choć udawał, że to nie on, lecz demony decydują o jego ciosach zadawanych miastu. Nadal codziennie kupował dziennik „The Daily News”, bo chciał wiedzieć co o nim piszą. Ta gazeta była jego oknem na świat. Dawid ze szczególnym upodobaniem kolekcjonował wycinki. Jego ulubionym autorem był felietonista Jimmy Breslin, który próbował nawiązać kontakt z mordercą, apelując do niego o kontakt.

Dawid łatwo połknął ten haczyk, bo chciał wykazać miastu, że ma nad nim przewagę. Nastąpiła wymiana krótkich listów pomiędzy reporterem i Synem Sama. Jego pierwszy list,  wydrukowany w sobotnim wydaniu z 3 czerwca 1977, redakcja zapowiedziała ogromnym tytułem: „SPRAWA MORDERCY KALIBER 44. NIE MOGĘ POWSTRZYMAĆ SIĘ PRZED STRZELANIEM DO LUDZI”. Potem było mnóstwo podobnych krzykliwych tytułów wrzuconych na pierwszą stronę. „The Daily News” bił rekordy poczytności, a Jimmy Breslin przeszedł do historii prasy jako pierwszy reporter, który prowadził niemal codzienną korespondencję z seryjnym mordercą.

Policja oceniła to jako przykład wyjątkowej nieodpowiedzialności dziennikarza i redakcji, zarabiającej na dramacie ofiar oraz ich rodzin. Robert K. Ressler, ekspert FBI, stwierdził wręcz w swej książce o ściganiu seryjnych morderców, że gazeta żerowała na głodzie sławy Berkowitza i swymi publikacjami pośrednio zachęcała go do kolejnych akcji.

W przerwach pomiędzy napadami Syna Sama, dziennik zamieszczał kolejne artykuły i mapki miejsc poprzednich ataków z powtarzającym się pytaniem: „Gdzie znowu zaatakuje Syn Sama?”

Dawid Berkowitz podniecał się tą sławą. Pisał do dziennika „The Daily News” na przykład tak:

„Hello! Pozdrowienia z rynsztoków miasta Nowego Jorku, wypełnionych psim gównem, rzygowiną, zepsutym wińskiem, ludzką szczyną i krwią. Pozdrowienia z nowojorskich kanałów, ze smakiem łykających tę strawę codzienną. Pozdrowienia od mrówek, tych szalonych zjadaczy krwi, czarnej i zakrzepłej w miejscach egzekucji. Piszę z wyrazami podziękowania za informowanie ludzi o tych strasznych strzelaninach. Jimmy, mów szczerze: co masz w zanadrzu na dwudziestego dziewiątego lipca? O mnie możesz sobie spokojnie zapomnieć, bo ja nie dbam o rozgłos. Nie zapomnij jednak o tej nieszczęsnej dziewczynie znanej wszystkim jako Donna Lauria. Nie możesz pozwolić ludziom, by odeszła w zapomnienie…”

Choć z pozoru tak skromny, w tym liście zbrodniarz domagał się rozgłosu. Chciał, by jedna z największych gazet Nowego Jorku świętowała z czytelnikami rocznicę jego pierwszej zbrodni. 29 lipca znaczył dla miasta pierwszą rocznicę zamachu na jego spokój. Właśnie przed rokiem, 29 lipca  1976 roku, człowiek znany wpierw jako „Kaliber 44”, a teraz jako Syn Sama zabił Donnę Laurię.

 

„Powiedz, Jimmy, co masz dla swoich czytelników na 29 lipca?” – domagał się Dawid w kolejnym liście do „The Daily News”. A miasto jeszcze bardziej pogrążało się w strachu. Ludzie oczekiwali kolejnej akcji Syna Sama. Młode kobiety przestały wychodzić nocą na randki. Młodzi mężczyźni próbowali lekceważyć powszechną nerwowość i ostrzeżenia. Mieli nad kobietami tę przewagę, że Syn Sama strzelał do nich albo przez przypadek, albo w ostateczności.

Feralny dzień 29 lipca  minął bez najmniejszego śladu działalności Syna Sama. Lecz przecież tak  nie mogło być bez końca.

 

Ostatnia noc

Wieczór przed ostatnią egzekucją Dawid Berkowitz spędził jak każdy przyzwoity nowojorski dwudziestolatek. Był 30 lipca 1977 roku, na zewnątrz upał sięgający 40 stopni Celsjusza, więc musiał uciekać ze swego mieszkania, w którym powietrze groziło poparzeniem. Wziął prysznic, nadział na siebie dżinsowe stroje i z nieodłącznym rewolwerem za paskiem spodni wyruszył w miasto. Zaparkował Forda Galaxie przed barem serwującym szybkie meksykańskie dania i już po chwili konsumował z apetytem byle jakie żarcie, popijając zimną jak lód colą.

Cała reszta tak wspaniale rozpoczętego wieczoru miała przebiegać pod dyktando demonów z wyimaginowanej sfory zarządzanej przez Ojca Sama. Demony z bezwzględnym okrucieństwem podyktowały mu trasę. Wykonał ten rozkaz natychmiast.

Przez kilka godzin kluczył po miejscach, gdzie w ciągu ostatniego roku siedmiokrotnie strzelał do ludzi. Zatrzymywał samochód przed znanymi sobie domami na znanych sobie ulicach, jakby żegnając się z cieniami niedawnej przeszłości.

Wreszcie, około drugiej w nocy 31 lipca znalazł pożądane miejsce. Wycie demonów uciszyło się nieznacznie, co było zawsze sygnałem do zatrzymania w obłędnej gonitwie po gigantycznej pajęczynie tras szybkiego ruchu. Tym razem dotarł wyjątkowo głęboko na południe, aż do Brooklynu. Nigdy tu nie był i z fascynacją graniczącą z przerażeniem, przypatrywał się kolejnemu miejscu akcji, które już za kilkanaście godzin miało zostać opisane z drobiazgową dokładnością przez nowojorskie media. Co do tego nie miał najmniejszej wątpliwości: to właśnie gdzieś tutaj, pomiędzy Shore Road i Cropsey Avenue, miał się dokonać los kolejnej pary.

1 2 3 4>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze