Śmierć Wirginii Voskerichian wyjątkowo mocno wstrząsnęła Nowym Jorkiem i stała się punktem zwrotnym w traktowaniu sprawy o kryptonimie „Kaliber 44”. 9 marca 1977 roku nowojorska policja doszła wreszcie do wniosku, że w rejonie Bronx-Queens działa seryjny morderca. Wreszcie przemówiły dowody.

Eksperci balistyki udowodnili, że pociski wydobyte z głowy Wirginii oraz z ciała zamordowanej w lipcu  Donny Laurii pochodzą z tego samego rewolweru i odpowiadają cechom fizycznym zniekształconych pocisków znalezionych w ciałach ofiar poprzednich strzelanin w Bronx i Queens.

Stwierdzenie tych prostych faktów spowodowało szybkie decyzje szefów NYPD, czyli nowojorskiego departamentu policji. Szesnastosobową grupę zajmującą się wyjaśnieniem sprawy „Kaliber 44” powiększono do 60 osób i nadano jej status brygady specjalnej, na czele której stanął zastępca inspektora Timothy J. Dowd.

Następnego dnia na konferencji prasowej w siedzibie policji dziennikarze usłyszeli, że należy ostrzec mieszkańców metropolii przed seryjnym mordercą, posługującym się rewolwerem typu Charter Arms Bulldog kaliber 44.

Przestępca użył tej broni w co najmniej trzech przypadkach, w niezbyt rozległym kwadracie ulic dzielnic Bronx i Queens zamieszkałych przez ludzi klasy średniej. Według zeznań świadków, w tym policjantów, zbrodniarzem jest człowiek rasy białej, pomiędzy 25. a 30. rokiem życia, 180 centymetrów wzrostu, ciemnowłosy, średniej budowy ciała.

Dawid Berkowitz z uwagą i nie bez satysfakcji oglądał tę konferencję w specjalnych wydaniach dzienników telewizyjnych. „Zaczęli o mnie pisać w gazetach i mówić o mnie w radiu i w telewizji. Niemal codziennie było coś o mnie i o działaniach grupy specjalnej” – opowiadał później – „Nie miałem wątpliwości, że kiedyś mnie złapią. Otwarte pytanie: jak i kiedy?”

Gra środków masowego przekazu i policji, podniecała Dawida i windowała w górę jego samopoczucie. Namiętnie kupował nowojorskie gazety i robił z nich wycinki publikacji na temat swoich zbrodni. Raz po raz odkrywał w sobie tę myśl, że policja marnuje czas, bo przecież on jest nieuchwytny i niewidzialny. „Jak można schwytać człowieka, który jest tylko iluzją? Przecież kiedy wychodzę na ulicę z ukrytym rewolwerem jestem kimś innym, niż zwyczajny Dawid Berkowitz!” – śmiał się w myślach. I rósł w swoich oczach. W stosunku do swoich ofiar nie czuł wyrzutów sumienia ani współczucia. „Początkowo myślałem, że będę je opłakiwał” – zwierzał się policji. – „Po każdej zbrodni tylko z początku czułem się trochę dziwnie. Jednak w Ameryce człowiek musiałby płakać chyba bez przerwy. W telewizji ciągle nowe dramaty: strzelanina za strzelaniną, padają zabici i ranni. Kobiety we łzach, rodziny opłakują swych zabitych. Aż człowieka opanowuje znieczulica. Już nie sposób się wzruszać z powodu kolejnego dramatu”.

 

W to naznaczone szaleństwem myślenie morderca próbował wprowadzić trochę porządku. Choć na pozór tak bardzo nieczuły na dramat swych ofiar, pragnął usprawiedliwić swe grzeszne postępki poczuciem misji, którą wypełnia. Na czym polega ta misja? Strzelając do niewinnych ludzi pragnie ostrzec cały świat przed „spiskiem zła”. Chce powiedzieć ludzkości o istnieniu Sama, który jest szatanem, a także jego asystentów, zaczajonych w murach domu na Wicker Street w Yonkers, który pełni rolę schroniska lub hotelu, takiego jakby Holiday Inn dla wszystkich demonów nadlatujących z całego świata.

 

* * *

Aby przekazać światu swe szczere przemyślenia, a także ostrzec ludzkość przed „spiskiem zła”, Berkowitz postanowił nawiązać kontakt z szefostwem specjalnej brygady operacyjnej, powołanej do jego schwytania. Z początkiem kwietnia przez dwa wieczory nie bez trudu wysmarowywał długi list do kapitana Josepha Borrelli’ego, zajmującego się sprawą już od pierwszego zabójstwa. Właśnie wtedy, gdy zastanawiał się, jak doręczyć ten list, demony znów zagościły pod jego czaszką i zaczęły stanowczo domagać się przelewu nowej krwi. Dawid postanowił połączyć jedno z drugim, a więc doręczyć list w krwawych okolicznościach, dobitnie przemawiających za istnieniem „spisku zła”.

Tym razem demony domagały się dwóch ofiar śmiertelnych. Prawdę mówiąc, to Dawid zapragnął doświadczyć jak to jest, gdy z jego ręki pada trupem nie tylko piękna dziewczyna, ale także jej chłopak.

Wyruszając na ulice Bronxu późną nocą 17 kwietnia 1977 roku, miał przy sobie ulubiony rewolwer i list do kapitana policji.

Znalezienie dwojga zakochanych przyszło mu bez większego trudu. Osiemnastoletnia Valentina Suriani i starszy o dwa lata Alexander Esau wracali tej nocy z kina na Manhattanie i tuż przed trzecią w nocy zaparkowali samochód na Hutchinson River Parkway, zaledwie przecznicę od apartamentowca dziewczyny. Tam czekał już na nich Dawid. Był to przecież jego rejon łowiecki; zaledwie trzy przecznice dalej niespełna rok temu zamordował Donnę Laurię. Teraz nie odrywał wzroku od swoich ofiar, a gdy zauważył, że tkwią w objęciach na przednich siedzeniach, bez wahania przypomniał im o istnieniu okrutnego świata. Podbiegł do samochodu od strony kierowcy, przykucnął z rewolwerem trzymanym pewnie w obu dłoniach (tak jak go wytrenowano w armii) i oddał cztery szybkie strzały, po dwa do każdej z przytulonych do siebie sylwetek.

1 2 3 4>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze