Kiedy doszło do feralnego wybuchu, dowódca jednostki przebywał na zwolnieniu lekarskim, miał atak serca. Co ciekawe, akurat 1 lipca był w jednostce (przyszedł bowiem po swoją pensję) i spędził trochę czasu w garnizonie. Jak jednak stwierdził, nikt mu nie wspomniał o tym, że tego wieczoru na podzamczu mają paść strzały z zabytkowych armat… O wszystkim miał dowiedzieć się godzinę po zdarzeniu, po telefonie dyżurnego. Wtedy też pojechał na miejsce wypadku.

– Nie jestem w stanie powiedzieć, jak to się stało, że jako dowódca jednostki nie byłem informowany o czynionych przygotowaniach do oddania strzału i zostałem pominięty przy decyzjach, które wykonywali moi podwładni. Jestem artylerzystą i ja mogłem też otrzymać taki rozkaz, jaki wydano oskarżonemu.

Trudno mi stwierdzić, co bym wtedy zrobił, ale jednego jestem pewny: nie strzelałbym z tej armaty.

Co ważne, dodawał też, że nic nie wiedział o tym, iż w poprzednich latach armaty były już w użyciu. Nie powiedział mu tego ani nikt z podwładnych czy politycznych znajomych, ani nie przeczytał tego w gazetach… A przecież na 25-lecie polskiego Szczecina, w 1970 roku armaty czyścili i doprowadzali do użytku uczniowie tamtejszego Technikum Mechanicznego, w pracowni konserwatorskiej muzeum zrobiono lawetę (podstawa lufy armaty, przyp. red.). Nim użyto armat, próby wytrzymałościowe przeprowadzono na poligonie pod nadzorem Klemensa G. Wszystko poszło zgodnie z planem, dlatego 26 kwietnia 1970 roku oddano salwę. Ta udana inauguracja sprawiła, że dwa lata później do pomysłu powrócono. Nie zdając sobie sprawy, że upływ czasu będzie miał ogromne znaczenie.

Użyto ładunków pochodzących ze ślepych naboi armatnich. Biegli z Politechniki Szczecińskiej zauważali, że w szczelinach i porach armaty utrzymywała się wilgoć, tym samym zaś pogłębiała się korozja. W dodatku wytrzymałość lufy na ciśnienie wynosiła… zero. Jak się okazało, nie bez powodu. Armata, która była przecież zabytkiem muzealnym i w muzeum właśnie stać powinna, przez dwa lata znajdowała się na świeżym powietrzu, nieustannie ulegając wpływom warunków atmosferycznych. W niszczeniu armat swój udział mieli również chuliganie. Przed każdą próbą żołnierze musieli usuwać wepchnięte do nich śmieci.

Uczestnikiem – obserwatorem zajścia był też oddelegowany do służby porządkowej milicjant.

– W momencie strzału w pobliżu znajdowało się 800 osób, nie licząc tłumu ludzi stojącego powyżej skarpy. Momentu ładowania armaty nie widziałem. Zauważyłem tylko jak na krótko przed oddaniem strzału żołnierze z obsługi armaty odsunęli się do tyłu – zeznał mundurowy.

Jeden z oficerów, zajmujący się tzw. sprawami politycznymi, podczas rozprawy przypominał o tym, że brano pod uwagę, że nie wszystko pójdzie z planem i… wypadną szyby z pobliskich domów. Wówczas taką stratę miały pokryć władze.

Sam oskarżony Klemens G. był na podzamczu, kiedy grupa żołnierzy zabrała się za oddanie salwy, obserwował ich działania ubrany po cywilnemu. Grupą bowiem kierował jego podkomendny.

Śledztwo wymagało wielu opinii biegłych. Zwrócono się także do ekspertów z Wydziału Kryminalistyki Komendy Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej w Szczecinie. Wszyscy próbowali odpowiedzieć na te same pytania. Dlaczego coś poszło nie tak, skoro użyto armat, z których wielokrotnie strzelano?

Czy wraz z każdym strzałem zmniejszała się ich wytrzymałość? Co zawiodło?

A może raczej zawiódł ktoś? – niektórzy usiłowali przeforsować takie stanowisko. Bo Klemensa G. oskarżano także o niedopełnienie obowiązków dotyczących ładunku prochowego. Co interesujące, oskarżony nie był artylerzystą, jak podnoszono, lecz oficerem pionu uzbrojenia. To zaś oznaczało, że nie miał dostatecznej wiedzy o balistyce, nie miał nawet możliwości przeprowadzenia odpowiednich technicznie badań wytrzymałości. W dodatku chodziło nie tylko o tragiczne wydarzenia z 1972 roku, ale Klemensowi G. przypomniano także o tym, że miał rzekomo sprowadzić niebezpieczeństwo na mieszkańców Szczecina również w 1970 roku, bo także wtedy, podczas uczczenia 25-lecia polskości tego miasta na Pomorzu Zachodnim, posypały się uroczyste salwy.

– Poddane badaniom odłamki lufy nie wykazują, aby przyczyną rozerwania się armaty było użycie materiału zwiększającego siłę wybuchu, takie jak trotyl – orzekł sąd.

***

Oskarżonego Klemensa G. prokurator chciał pozbawić wolności na 3 lata, w zawieszeniu na 5 lat, natomiast obrońca wniósł o uniewinnienie. W grudniu 1972 roku sąd przychylił się do wniosku obrony i wojskowy rzeczywiście został uniewinniony. Prokurator w swoich wnioskach stwierdzał, że nim oddano salut, lufa armaty powinna zostać jeszcze prześwietlona promieniami Roentgena… Miałyby one ujawnić ewentualne pęknięcia.

Tymczasem sąd argumentował:

– Przełożony wydający oskarżonemu rozkaz przeprowadzenia prób wytrzymałościowych armaty nie udzielił mu żadnych informacji i wskazówek, w jaki sposób próby należy przeprowadzać, mimo że czynność, do jakiej oskarżony został zaangażowany, wykraczała poza zakres jego obowiązków.

Okazało się także, że tak naprawdę nie istnieje żaden regulamin ani żadne inne instrukcje, które podpowiedziałyby czy wystrzał z XVIII-wiecznej armaty jest możliwy. Sam rozkaz był zaś niezgodny z obowiązującymi wojskowymi normami.

Wyrok nie zadowolił prokuratora, nie był to zatem koniec przejść oskarżonego. Wniesiono o rewizję wyroku, ale rewizja została odrzucona.

Ewelina Kolanowska

< 1 2

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze