Wśród ofiar były dziecko i kobietę w ciąży. Wszystkiemu przyglądało się 30 świadków, którzy zgodnie milczeli. O tej zbrodni napisano wiele książek, nakręcono film, a proces morderców zaliczono do najsłynniejszych na świecie.

Na pasterkę w 1976 roku do kościoła w Połańcu ściągnęły tłumy, zresztą jak co roku. Między innymi ze Zrębina przyjechały dwa autobusy wynajęte od PKS-u. Towarzystwo w środku podchmielone. Rej wiódł Jan Sojda nazywany „królem Zrębina”. Był to najbogatszy gospodarz we wsi, właściciel jedynego ciągnika. Użyczał go, oczywiście nie bezinteresownie. Czasami „robił” także za dentystę i wyrywał zęby. Ludzie liczyli się z nim, a może i trochę bali. Kiedy pies sąsiada zjadł jego kurę, nie miał oporów, aby go powiesić i rozciąć brzuch, żeby udowodnić, że kura jest w środku.

Kościół wypełniony był po brzegi, a ochoczo śpiewane kolędy słychać było na zewnątrz. Mimo mrozu, późnej pory i pełnych żołądków było podniośle i radośnie. Nie mogło być inaczej, wszak Bóg się rodzi… Jedną z uczestniczek mszy była 18-letnia, brzemienna Krystyna. Przyszła razem z mężem, 25-letnim Stanisławem Łukaszkiem i 12-letnim bratem Mietkiem Kalitą. Nagle do Krysi podeszła krewna i wyszeptała jej do ucha, że ojciec się upił, zrobił awanturę i matka Krysi prosi, aby szybko wracali do domu.

Niesnaski na weselu

Krystyna, z domu Kalita, wyszła za mąż w 1976 roku. Miejscowi lubili ją, bo była miła i grzeczna, wszystkim z daleka się kłaniała. Stanisław Łukaszek, jej mąż, to była dobra partia. Ukończył technikum, był zaradny, do kieliszka niechętnie zaglądał, a do tego pracowity. Nie dziwota, że rodzice Krysi nie mieli nic przeciwko takiemu zięciowi. Weselicho wyprawili jak trzeba. 180 osób do białego rana „tupało” i piło za zdrowie młodych. Jedzenia także nie brakowało, bo na tę okazję Kalitowie ubili dwa prosiaki i jałówkę, nie licząc drobiu. Kucharzyła Helcia Adaś – siostra pierwszego człowieka we wsi – Jana Sojdy. Zresztą Janek był jednym z ważniejszych gości na weselu. Zaproszony nie tylko z grzeczności. Był także krewnym ojca pani młodej, Wacka Kality.

Około północy wydarzyła się dość niemiła sytuacja: pomocnik kuchenny doniósł rodzicom ­panny młodej, że kucharka podkrada wędliny i inne specjały. Zrobiło się nieprzyjemnie i Kalitowa powiedziała Adasiowej, aby opuściła imprezę. Kucharka postąpiła zgodnie z wolą gospodyni, jednak nie wstydziła się kradzieży. Po weselu przyszła do Kalitów z pytaniem, czy coś z wesela do jedzenia zostało, bo chałupę jej budują i nie nadąża chłopom gotować. Kalitowa zagryzła zęby, bo to przecie siostra Sojdy… Zawahała się jedynie, kiedy Helena oznajmiła, że zabierze jeszcze dwa dzbanki, a Kalitowa niech powie w wypożyczalni, że się stłukły podczas uroczystości. Opór gospodyni Adasiowa złamała stwierdzeniem: „Nie dasz, to nasze stosunki już się popsują na zawsze”. Co było robić? Zadzierać? Kalitowa machnęła ręką. Jednak to nie był koniec. Jakiś czas później spotkała Adasiową. Ta zaczęła jej wymawiać, że rozpuściła po wsi, że kradła na weselu. Przyznała, że owszem wzięła to i owo, ale miała do tego prawo, bo jej brat dał Kryśce w prezencie 500 zł i wstyd, aby teraz jej wypominać trochę kiełbasy czy szynki. Kalitowa nie wytrzymała, zdenerwowana powiedziała, że jej córka o takie prezenty się nie prosiła i jak trzeba, może oddać…

Od tego pamiętnego spotkania, rodziny Sojdów i Adasiów przestały się odzywać do Kalitów i Rojów – dziadków panny młodej (a czemu do tych ostatnich, o tym później…).

Upiekła ciasto na własną stypę

Wacek Kalita święta Bożego Narodzenia 1976 roku planował spędzić u siostry pod Pacanowem. Tego wyjątkowego czasu nie spędził z żoną i dziećmi, bo ostatnio pił coraz więcej i małżonka była o to zła. Zdzisława Kalitowa łamała się opłatkiem z 12-letnim synem Mieciem i Krysią, która za 4 miesiące miała wydać na świat wnuka. Oczywiście był także zięć. Kobieta nie poszła na pasterkę, została sama w domu. Młodzi mieli się za nią pomodlić.

Kiedy w czasie pasterki podeszła do Krysi krewna i powiedziała o awanturującym się w domu ojcu, dziewczyna zdecydowała, że wracają. Pociągnęła za rękaw męża i brata.

 

Po chwili trójka opuściła kościół. Wracali do Zrębina.

Jeszcze tej samej nocy ich zwłoki znaleziono przy szosie między Połańcem a Zrębinem. Mietek i Staszek leżeli w rowie, a częściowo rozebrana Krysia kawałek dalej. Cała trójka została przejechana przez autobus. Wyżłobione w śniegu ślady, upstrzone plamami krwi, nie pozostawiały co do tego wątpliwości. Było jednak kilka oczywistych niejasności i znaków zapytania, ale organy ścigania orzekły, że zginęli w wypadku drogowym.

Na pogrzeb przyszli ludzie nawet z kilku sąsiednich wsi. W obliczu takiej tragedii rodzinne niesnaski poszły w kąt. Pojawił się Jan Sojda, nawet stawił się do konduktu i niósł trumny. Dla Kalitów jednak nic już się nie liczyło. Nieobecnymi oczami patrzyli, jak podczas stypy ludzie zjadali to, co zostało jeszcze ze świąt. Ciasta upiekła jeszcze Krysia…

Oko za oko

Kalitowa za wszelką cenę chciała wiedzieć, kto odebrał życie jej dzieciom, ale komendant bezradnie rozkładał ręce. Kobieta postanowiła, że nie odpuści i znajdzie morderców. Obiecała to dzieciom nad ich grobem.

Na własną rękę zaczęła szukać sprawców. Ktoś jej doniósł, że autobusem, który przejechał jej dzieci kierował mąż Helci – Adaś. Ktoś inny powiedział, że to sprawka samego Sojdy. Wszystko to ludzkie gadanie, plotki, domysły, może wyrosłe na kanwie wcześniejszych niesnasek (jakich, o tym za chwilę). Być może… Ale ziarno podejrzeń zostało zasiane w jej sercu. Poprosiła nawet księdza, aby podczas mszy zaapelował, by ludzie powiedzieli, jeśli coś w tej sprawie wiedzą. Wszystko na nic.

1 2>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze