Szczecin. 7 grudnia 1967 roku o godzinie 6.35 tramwaj linii 6, złożony z trzech otwartych wagonów wypadł na zakręcie z szyn. Zdarzenie miało miejsce na zbiegającej ostro ku Odrze (kąt pochyłu 5 stopni) i do tego zakręconej na końcu pod kątem 45 stopni, ulicy Wyszaka. Jeden z wagonów uderzył w słup trakcyjny i przełamał się na pół.

Najbardziej ucierpieli pasażerowie z pierwszego wagonu. Na miejscu zginęło 7 osób, w szpitalu kolejne 8. Rannych było około 140 osób, z czego 42 – ciężko. To i tak mało, biorąc pod uwagę, że przepełnionym tramwajem jechało wówczas ponad 500 pasażerów. Skandalicznym jest fakt, że niektórzy z poszkodowanych nie ucierpieli w wypadku, ale… podczas akcji ratowniczej. Podnoszony przez dźwig tramwaj zerwał się z liny i spadł na rannych leżących na bruku.

Przyczyną tragedii było przepalenie się połączeń elektromagnetycznych między silnikami, dlatego tramwaj nie mógł zahamować.

Według niektórych źródeł, 34-letnia motornicza tramwaju, wiedząc o przeciążeniu, odmówiła wyjechania na trasę, lecz jej prośbę zlekceważono.

Po wypadku zlikwidowano torowisko na ulicy Wyszaka (dwa lata wcześniej miał tam miejsce inny wypadek). Aby odciążyć linię tramwajową nr 6 (a przy okazji i nr 8), w Szczecinie wdrożono przegubowe autobusy marki Jelcz. Natomiast w całym kraju w tramwajach wprowadzono dodatkowy układ hamulcowy (w szczecińskiej „szóstce” zepsuły się hamulce elektromagnetyczne, nie pomogło także kręcenie korbami hamulców ręcznych) i automatyczne zamykanie drzwi. Zakazano też składania tramwajów z trzech wozów (szczecińska „szóstka” była złożona z kanciastego wagonu typu Konstal 4N z 1957 roku i dwóch poniemieckich wozów doczepnych z 1930 roku) i wprowadzono zakaz instalowania hamulca szynowego.

To była największa katastrofa tramwajowa w Polsce Ludowej, a mimo to ówczesna prasa niewiele napisała o wypadku. W „Kurierze Szczecińskim” pojawiła się krótka relacja, a następnego dnia już tylko zdawkowy komunikat, z którego wynikało, że komisje badają przyczyny katastrofy. Oczywiście w sprawę zaangażowana była milicja, SB, władze Szczecina i komisja ówczesnego ministerstwa gospodarki komunalnej. Władze początkowo podejrzewały, że to sabotaż. Szybko wycofano się z tej tezy. Sprawa została skrzętnie zatuszowana i poza mieszkańcami Szczecina nikt nie miał pojęcia o wypadku.

 

Wkrótce po katastrofie pojawiły się teorie spiskowe, a odpowiedzialnością obarczano między innymi grupy frakcyjne w PZPR. W 1967 roku w środowisku szczecińskim nasiliły się konflikty o podłożu antysemickim, a także walki między frakcjami Puławian i Natolińczyków w partii. Ci pierwsi mieli być autorami rzekomego zamachu, w efekcie którego miało dojść do odwołania władz miasta wspieranych przez wysoko postawionych w hierarchii partyjnej Natolińczyków. Zwolennicy tej teorii nie zyskali poparcia ze strony rodzącej się opozycji i zaniechali działań wyjaśniających okoliczności tej tragedii.

Anna Jagodzińska

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze