Władysława księcia Druckiego-Lubeckiego, właściciela majątku Teresin pod Warszawą, zamordowano w parku opodal jego rezydencji 21 kwietnia 1913 roku. Dopiero jednak na początku maja 1928 roku – po 15 latach śledztwa i w wyniku kilku procesów w różnych instancjach przed sądami rosyjskimi i polskimi – główny podejrzany –  oskarżony i skazany – został w końcu uniewinniony.

Sprawca mordu pozostał nieznany, jak to miało nieraz miejsce w procesach wybitnie poszlakowych, gdy władze dochodzeniowo-śledcze od początku skupiały swą uwagę na człowieku, który jako ostatni przebywał z zabitym, lekceważyły zaś ślady wskazujące na innych potencjalnych zabójców, co po latach było już nie do odrobienia.

 

Strzały z tyłu i z bliska

Zwłoki księcia znalezione zostały po kilku godzinach jego nieobecności w pałacu. Właściciel Teresina powrócił w sobotę do swego mieszkania w Warszawie z Petersburga, gdzie załatwiał sprawy majątkowe. Już w niedzielę wyjechał do Teresina ze swym dobrym znajomym, Janem baronem Bispingiem. Gościł go do poniedziałku; Bisping, wymawiając się pilnymi interesami, postanowił powrócić do miasta, chociaż książę – znany ze swej gościnności – robił, co mógł, by go zatrzymać.

 

 Po lunchu książę zażądał podstawienia powoziku z końmi, bez stangreta, gdyż lubił sam powozić. Mieli jeszcze sporo czasu do odjazdu pociągu, a do stacji było niedaleko. Udali się więc na przejażdżkę po parku.

O piątej po południu, gdy książę nie wrócił do pałacu, zaniepokojona służba zaczęła go szukać. Niektórzy byli zdania, że razem z gościem udał się koleją do Warszawy. Co w takim razie stało się z końmi i powozem?

O zmroku, obchodząc park, znalazł je bażanciarz (książę Drucki–Lubecki założył w Teresinie sporą bażanciarnię) przywiązane do drzewa przy wąskiej drodze przylegającej do parku. W powoziku leżało futro, a opodal pod drzewem siedział książę w pozycji jakby spał. Od razu jednak było pewne, że nie żyje. Obok zwłok znaleziono złoty zegarek z rozerwanym łańcuszkiem; w kieszeni tykał drugi. Nie był więc to mord rabunkowy.

Co do tego bowiem, że książę został zabity, nie było wątpliwości. Gdy następnego dnia dokonano oględzin zwłok i ich sekcji, stwierdzono na głowie księcia kilkanaście ran tłuczono-ciętych oraz dwie rany postrzałowe: jedna kula trafiła w kręgosłup, druga zaś weszła za uchem a wyszła okiem, wysadzając je zupełnie. Oba strzały oddane zostały z tyłu, z bliskiej odległości i oba okazały się śmiertelne. Wyciągnięto z tego wniosek, że książę został napadnięty, bronił się, a gdy usiłował uciec – zastrzelono go z rewolweru.

 

Tajemnicze włamanie

Przepytano kolejarzy, ale żaden z nich nie widział księcia na stacji. Widziano natomiast dwóch mężczyzn, każdego oddzielnie i w innym  czasie, ubranych w czarne garnitury wizytowe. Jednym z nich był prawdopodobnie baron Bisping, drugi pozostał postacią zagadkową. Ponieważ wykluczono motyw rabunkowy, jako przyczyna zbrodni pozostała zemsta. Jednak okazało się, że książę Drucki-Lubecki właściwie nie miał żadnych wrogów; tak przynajmniej wynikało z zeznań świadków, gdy doszło do procesu.

W tej sytuacji, w cieniu podejrzenia znalazł się strzelec Grzela, którego niedawno książę wylał z posady. Mówiono, że miał „najgorsze instynkty i był zdolny do wszystkiego”. Na jego odzieży znaleziono wprawdzie ślady krwi, ale on tłumaczył, że pochodzi ona z upolowanych przepiórek. W kręgu podejrzanych znalazł się również baron Bisping. Na możliwość popełnienia przez niego zbrodni mocno stawiano podczas postępowania odwoławczego przed Sądem Apelacyjnym już po wojnie, jak również wskazywano na zagadkowy fakt, że policja bardzo szybko przestała się nim interesować. Świadczyło to o tym – zdaniem obrony – że barona „wrobiono” ze względów politycznych, by skompromitować polską arystokrację.

Baron Bisping został bowiem dość szybko wytypowany jako  ewentualny zabójca. Najbardziej obciążało go to, że był ostatnią osobą, która widziała księcia żywego. Twierdził, że ich przejażdżka trwała około półtorej godziny. Po tym czasie spotkali na drodze „dwóch jegomościów ubranych z waszecia”, z którymi właściciel Teresina wdał się w pogawędkę. Stanął wówczas z boku, a ponieważ książę Drucki-Lubecki długo z nimi rozmawiał, zniecierpliwił się i poszedł pieszo na stację. Pociąg właśnie odszedł, a następny do Warszawy – jak wskazywał rozkład – miał przyjechać dopiero za trzy godziny. Aby się nie nudzić, udał się pieszo do następnej stacji – Błonie, odległej o 12 wiorst (niecałe 13 km).

Do domu – zeznał – wrócił wieczorem. Spędził czas ze swoim plenipotentem, a o 22.00 wyjechał do Grodna, a później do swej posiadłości położonej w niedalekiej okolicy. Gdy 23 kwietnia wysłano tam depeszę zawiadamiającą o śmierci księcia, stawił się w Warszawie do dyspozycji policji, która pragnęła go natychmiast zobaczyć i usłyszeć, co ma do powiedzenia o swojej wizycie w Teresinie.

1 2 3 4 5>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze