Miałam 20, a moja siostra Trish 16 lat – wspomina Linae Tiede. – Mieszkaliśmy w małym, otoczonym górami miasteczku Oakley w stanie Utah. Moi rodzice posiadali zbudowaną z kamienia i drewnianych bali górską chatę. Był to raj na ziemi.

Latem szum strumieni, rżenie koni dobiegające z pastwisk, śpiew ptaków w świerkowym lesie. Zimą biała śnieżna kraina, groźna i trudno dostępna. Latem trzeba było zostawić samochód na parkingu, a dalej iść około trzech mil pieszo pod górę. Zimą przesiadaliśmy się na skutery śnieżne. Warto było podjąć trud. Co roku w grudniu w połowie miesiąca dowoziliśmy do chaty świąteczne prezenty i ubieraliśmy choinkę. W dzień Bożego Narodzenia odbywał się wyścig skuterów, dowożących rodzinę na jedyne takie w roku spotkanie.

 

Nieproszeni złoczyńcy

W świąteczny poranek, 25 grudnia 1990 roku, Linae dotarła do chaty pierwszym skuterem, z matką i babcią na tylnych siedzeniach. Była to jedna z najcięższych zim stulecia. Panował straszny mróz. Przedzierali się przez głęboki, kopny śnieg. Przed wejściem do chaty Linae nie myślała o niczym innym, jak tylko o włożeniu skostniałych z zimna palców pod bieżąca wodę i o gorącej herbacie.

– Krzyknęłam do matki, by się pospieszyła, pomogłam babci przekopać się przez śnieg i otworzyłam drzwi chaty – wspomina 42-letnia dziś Linae Tiede. – Szybko pobiegłam na piętro. Ze zdumieniem dostrzegłam szarą sylwetkę człowieka, ukrywającego się za lodówką. Pierwsze zaskoczenie: to chyba jeden z kuzynów, któremu udało się dotrzeć tu przed nami, ale pewnie poprzedniego dnia, bo na trasie nie widać było śladów płóz. Czy to jeden z tych kuzynów z dziwacznym poczuciem humoru, lubiący zaskakiwać i straszyć? Niestety, nie był to kuzyn. Wyskoczył mężczyzna, kudłaty, w szarym swetrze. W jego ręku błysnął rewolwer, wycelowany wprost w moją twarz. Wpierw szok, a następnie szybkie pocieszenie: To zwyczajny złodziej. Włamał się do chaty. Zaskoczony naszym przybyciem dostanie czego tylko zażąda i zniknie. Pójdzie tam, skąd przyszedł.

Linae bardzo się jednak myliła. Bandyta nie włamał się sam. W chwili gdy matka ufnie weszła na piętro, z sypialni wyszedł drugi bandyta – wysoki, z groźną miną, w okularach o szkłach koloru ciemnych butelek. On również miał w ręku krótką broń, którą wymierzył w starszą kobietę.

– Czego tu chcesz? Po co tu przyszedłeś? Damy ci wszystko… – powiedziała zaskoczona matka, patrząc przerażonym wzrokiem na bandytę w okularach.

Wtedy rozpętało się piekło. W małym domku rozległy się eksplozje wystrzałów, a afekt był taki, jakby miały rozwalić jego ściany. Córka dostrzegła w wielkim szoku, jak na podłogę osuwa się matka, a wokół jej ciała rozlewa się kałuża krwi.

Na piętro weszła babcia i otrzymała postrzał w środek czoła. Linae widziała tryskającą na ściany krew, jakieś krzyki, westchnienia, odgłos uderzającego o podłogę ciała.

Potem zapadła głęboka cisza. Jakby się nic nie stało. Zwłoki dwóch kobiet; rozbryzgi krwi; dziewczyna w szoku wmawiająca w siebie, że to tylko zły sen; dwóch bandytów celujących w nią z rewolwerów. Dziwne: do niej już nie strzelali, co potem okazało się nie przejawem chęci pozostawienia jej przy życiu, lecz częścią przemyślanego planu.

Linae wreszcie pojęła bezmiar nieszczęścia. Oprzytomniała szybko na myśl, że lada moment przybędą na skuterach pozostali uczestnicy świątecznego zgromadzenia. W kolejnym rzucie mieli to być jej ojciec i siostra Trish. Już jechali. Z daleka dobiegał odgłos motoru ich skutera. Poczuła gwałtowne bicie serca i pot zalewający ją na samą myśl, że już nie zdoła wytrzymać scen kolejnej egzekucji.

 

Warkot skutera był już blisko, niemal przy drzwiach chaty, gdy ten bandyta w szarym swetrze chwycił ją od tyłu, unieruchomił silnym uciskiem ramienia na szyi i przyłożył rewolwer do jej pleców. Siłą zwlókł ją po schodach na parter i doprowadził do frontowych drzwi.  Linae zrozumiała, że ten widok sparaliżuje jej najbliższych i wymusi ich całkowite posłuszeństwo.

 

W zimowym raju

– Po śladach płóz wreszcie dotarliśmy do chaty – opowiada dziś 38-letnia Trish Tiede. – Skostniali z zimna zeskoczyliśmy ze skutera i biegliśmy do zbawczych drzwi chaty, gdy z garażu wyłonił się  mężczyzna w narciarskiej masce. Potrząsając rewolwerem zapędził nas do środka. Tam stała moja starsza siostra, blada, niemal osuwająca się z nóg, sterroryzowana przez drugiego bandytę.

– Ojciec został wepchnięty do chaty i od razu zrozumiał bezmiar tragicznego położenia – opowiada Linea. – Ja stałam unieruchomiona uciskiem ramienia na szyi, czując lufę rewolweru przytkniętą do pleców. Patrzyłam w oczy ojca. Porozumieliśmy się bez słów. W tym momencie zrozumiał, jak straszny los spotkał jego żonę i matkę. Z jego oczu popłynęły łzy.

1 2 3 4>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze