Policja, która pojawiła się zaraz po otrzymaniu meldunku o włamaniu, miała pewne podejrzenia. Prowadzący śledztwo sądzili, że kradzieży dokonano na zlecenie jakichś kolekcjonerów z Japonii. Podejrzenie to wzięło się stąd, że akurat wtedy w Kraju Kwitnącej Wiśni obrazy van Gogha cieszyły się wielką popularnością. Uznano, że to stamtąd przyszło zlecenie na kradzież, więc powołana trzydziestoosobowa komisja śledcza gorączkowo tropiła wszelkie meldunki płynące z Japonii i sprawdzała każdego, kto tam jechał. Brano pod uwagę też i inne tropy. Jeden prowadził do Zurychu, drugi zaś do Hamburga, skąd pochodzili handlarze dzieł sztuki, którzy wcześniej już dokonywali podobnych kradzieży.

To, że wszystkie te przypuszczenia były fałszywe, wyszło na jaw dopiero w kwietniu 1989 roku.

Poprzez ogłoszenia w prasie sprawcy kradzieży zażądali okupu, a na dowód tego, że są w posiadaniu obrazów, przesłali gratis jeden z nich. Zgodnie z przekazaną telefonicznie informacją, Tkacza przy krosnach znaleziono w samochodzie zaparkowanym przed domem Rudiego Oxenaara, dyrektora muzeum w Otterlo. Za zwrot dwóch pozostałych płócien złodzieje zażądali niebagatelnej kwoty 5 milionów guldenów, ale w porównaniu z wartością skradzionych dzieł było to i tak niewiele. Policja wyceniała je na około 200 milionów guldenów.

Rozpoczęły się pertraktacje ze złodziejami. W ich trakcie policję zastanowiła dziwna prawidłowość. Wszelkie rokowania w sprawie okupu prowadzili oni telefonicznie, z budek znajdujących się w Nimwegen. Wszędzie tam policja założyła podsłuch i to doprowadziło do ujęcia sprawców kradzieży. Po jednym z kolejnych telefonów w sprawie okupu, aresztowano dwóch mężczyzn, z których jeden natychmiast przyznał się do udziału w kradzieży i podał motyw. Twierdził, że włamania dokonał z nakazu kolumbijskiego kartelu narkotykowego, któremu winien był pół miliona marek.

Skradzione obrazy zostały zwrócone za pośrednictwem pewnego adwokata. Przywiózł je na posterunek policji w niewielkim miasteczku Ede. Okazało się, że sprawcy ukryli je… w sypialni zaprzyjaźnionego małżeństwa.

 

Passat pełen obrazów

Po śmierci Vincenta van Gogha największy zbiór jego prac znalazł się w rękach jego młodszego brata, Theo. Gdy ten zmarł zaledwie rok później, kolekcję odziedziczyła jego żona, Johanna van Gogh-Bonger, a później jej syn, Vincent Wilhelm van Gogh. Wskutek starań władz holenderskich, kolekcja ta przekazana została Fundacji Vincenta van Gogha i stała się trzonem zbiorów otwartego w 1973 roku muzeum w Amsterdamie, które nazwano imieniem artysty.

Placówka ta posiada największy zbiór dzieł mistrza – w sumie 205 obrazów, 446 rysunków i 31 grafik. Do tego dochodzi kolekcja 859 listów malarza oraz sporo prac przyjaciół van Gogha. Warte miliardy dolarów dzieła państwo holenderskie nie jest w stanie ubezpieczyć z powodu ogromnych składek ubezpieczeniowych, trudno więc się dziwić strapieniu dyrektora tej placówki, gdy wiosną 1991 roku również i ona padła ofiarą włamywaczy.

Kradzież była starannie zaplanowaną i w pełni przemyślaną akcją. Wieczorem, 13 kwietnia 1991 roku, gdy muzeum zamykano, jeden ze sprawców ukrył się w toalecie i pozostał tam na noc. Wyszedł przed trzecią nad ranem i wpuścił do budynku swego wspólnika. Bronią palną sterroryzowali dwóch strażników, którzy strzegli muzeum, po czym jednego związali i zamknęli w pomieszczeniu gospodarczym, drugiego zaś jeden ze złodziei cały czas trzymał na muszce.

Bardzo skomplikowana i niezwykle czuła instalacja alarmowa, której sensory reagowały na zmiany temperatury i na ruch, została wyłączona o godzinie 3.09. Przez trzy kwadranse złodzieje skradli dwadzieścia malowideł wartości kilkuset milionów guldenów. Były wśród nich tak cenne prace, jak: Pole pszenicy z krukami, Sypialnia w Arles, Autoportret przy sztalugach, Most zwodzony i kobieta z parasolką, słynne Słoneczniki oraz ostateczna wersja Jedzących kartofle. Wyjęte z ram płótna sprawcy zapakowali do pokrowca na ubrania i ulotnili się, zamykając uprzednio obu dozorców w pomieszczeniu gospodarczym.

Tuż przed godziną piątą rano jeden ze strażników zdołał wydostać się z pomieszczenia przez lukę nad drzwiami i wywołał alarm.

Policję, która przybyła po paru minutach, zastanowił fakt, że pracownicy firmy VNV zajmującej się ochroną muzeum, zignorowali sygnał, który informował o wyłączeniu chroniącej je instalacji alarmowej. Przesłuchani strażnicy też niewiele powiedzieli. Sprawców kradzieży nie umieli opisać, ponieważ ci mieli na twarzach kominiarki. Dozorcy twierdzili tylko, że mówili oni po angielsku z amerykańskim akcentem. Więcej udało się stwierdzić dzięki zapisom jednej z kamer, pomógł też fakt, iż złodzieje uciekli szarym Volkswagenem Passatem, który należał do jednego z dozorców. Rozpoczął się pościg.

< 1 2 3>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze