O wpół do szóstej rano pewien operator dźwigu wracał po skończonej pracy do domu. O włamaniu do Muzeum van Gogha dowiedział się z radia, które zwykł nastawiać na częstotliwość używaną przez policję. Z niekłamanym zaciekawieniem śledził pościg, gdy nagle dostrzegł szarego Volkswagena Passata. Sprawdził numer rejestracyjny. Pokrywał się z tym, który podawała policja. Samochód stał na obrzeżach Amsterdamu, przy Julianaplein, tuż przed stacją kolejową Amstel.

Operator dźwigu natychmiast skontaktował się z policją. Nie była ona zachwycona tym, że ktoś ją podsłuchuje, ale pochwaliła refleks i obywatelską postawę. Wysłani we wskazane miejsce policjanci znaleźli samochód, a w nim… dwadzieścia skradzionych obrazów. Byli co najmniej zaskoczeni. Nie bardzo wiedzieli, co o tym wszystkim myśleć, ale postanowili to na swój sposób wykorzystać.

Trzy miesiące po kradzieży prasa podała informację, że z powodu niewykrycia sprawców policja umorzy śledztwo w sprawie kradzieży w Muzeum van Gogha. Ze zrozumiałych względów wiadomość ta wywołała radość złodziei. Telefonicznie gratulowali sobie sukcesu, gdy nagle u każdego z nich pojawili się uzbrojeni funkcjonariusze. Okazało się, że zastosowano starą, sprawdzoną policyjną sztuczkę.

Przed podaniem informacji do gazet założono podsłuch u podejrzanych.

Złodzieje nie byli ani Anglikami, ani też Amerykanami. Byli rodowitymi Holendrami w wieku 24 i 31 lat. O tym, że porzucili swój łup, zadecydował przypadek. Zgodnie z umową, Passat z obrazami czekał przed dworcem w Amstel, ale wspólnicy, którzy mieli przejąć ładunek, spóźnili się. Samochód, którym jechali, „złapał gumę” i kiedy w końcu dotarli na umówione miejsce, roiło się tam już od policjantów. Jak sprawcom udało się wyłączyć instalację alarmową? Mieli wspólnika w firmie VNV, który udzielił im dokładnych instrukcji. Wspólnikiem włamywaczy okazał się zresztą jeden ze strażników, który pełnił wówczas służbę.

 

Złodzieje z drabiną

 Obraz przedstawiający sztormowy widok Plaży w Scheveningen to dzieło szczególne. Van Gogh namalował go w nadmorskim kurorcie w pobliżu Hagi i pogoda musiała być wtedy rzeczywiście sztormowa, skoro w pokrywającej płótno farbie jeszcze dziś można znaleźć ziarnka piasku. Równie szczególnym dziełem jest inny jego obraz – Wyjście kongregacji z kościoła w Nuenen. Van Gogh namalował go na początku 1884 roku dla matki, która właśnie złamała nogę i nie mogła uczęszczać na msze. Obraz przedstawia kościół, w którym jego ojciec był wówczas pastorem oraz ludzi, którzy opuszczają świątynię. Po prześwietleniu płótna promieniami Roentgena okazało się, że van Gogh namalował najpierw tylko kościół, a dopiero później ludzi i jesienne liście.

Obrazy Wyjście kongregacji z kościoła w Nuenen i Plaża w Scheveningen były ozdobą pomieszczeń Muzeum van Gogha do 7 grudnia 2002 roku. Tego dnia zaginęły. Mówiąc ściślej, najpierw zaginęła drabina. Miała 4,5 metra długości i znajdowała się w remontowanym właśnie jednym z dwóch budynków muzeum przy Paulus Potterstraat.

Wzięli ją dwaj mężczyźni, wieczorem 6 grudnia i przystawili do ściany gmachu, który ongiś zaprojektował Gerrit Rietveld. Była ósma rano, gdy weszli po niej na podcień z tyłu budynku, wybili jedno z okien na pierwszym piętrze i znaleźli się wewnątrz sali wystawowej. Prezentowano tam wówczas wczesne dzieła mistrza, jeszcze te z „okresu holenderskiego”.

Złodzieje nie mieli zbyt dużo czasu. Instalacja alarmowa zadziałała tak jak trzeba i sygnał alarmowy rozległ się, gdy tylko wybili okno.

Musieli szybko się wynosić, ukradli więc jedynie dwa niewielkie formatem obrazy van Gogha – właśnie Plażę w Scheveningen i Wyjście kongregacji. Obserwowani przez strażnika na monitorach w centrali meldunkowej, uciekli spuszczając się po linie. Mieli szczęście. Strażnik zapomniał wcisnąć przycisk nagrywania, zarejestrowały więc ich tylko automatyczne kamery zainstalowane na zewnątrz budynku. Przekazany przez nie obraz był bardzo niewyraźny.

Zaalarmowana policja przybyła bardzo szybko. Wystarczyło zaledwie kilka minut, by pod gmach zajechały radiowozy. Na niewiele zdały się jednak szeroko zakrojone poszukiwania sprawców, a na podstawie analizy obrazu zarejestrowanego przez kamery nie udało się opracować ich portretów pamięciowych. W dodatku przestępców nie potrafił opisać ani strażnik w centrali, ani też pracownicy firmy wynajętej do sprzątania budynku. Ci ostatni ponoć nie zauważyli nawet włamania. Na szczęście pozostały na miejscu dwie czapki, które najpewniej należały do złodziei – jedna wełniana i druga bejsbolówka.

Skradzione obrazy muzeum wyceniło na 3–4 miliony euro. Ich złodziei długo nikt nie potrafił wskazać. Pomógł dopiero anonimowy informator oraz założony później podsłuch. W trakcie rozmowy telefonicznej „Okkiego” z „Frankiem” padło zdanie, że „trzeba coś uczcić”. Wątły to był dowód, ale zawsze coś. 12 grudnia 2003 roku, aresztowano „Okkiego”, czyli 31-letniego Octave`a Durhama. Znajomi zwali go „małpą”, mieszkał w Puerto Banus, w luksusowej dzielnicy Marbelli, w Hiszpanii. Prowadził tam życie, na jakie nie było go raczej stać. Podobnie było z jego wspólnikiem, 30-letnim Henkiem Bieslijnem, aresztowanym nieco wcześniej w Amsterdamie.

Wytoczony obu mężczyznom proces oparty był na poszlakach. Decydującą rolę odegrały ślady DNA, uzyskane z włosów, które znaleziono na czapkach porzuconych w muzeum. Przydały się też zeznania świadków. Octave Durham, który poszukiwany był wcześniej za kradzieże komputerów, telefonów oraz sprzętu audio i treningowego, dostał 4,5 roku więzienia. Henk Bieslijn, który miał wcześniej czyste konto, skazany został na 4 lata więzienia.

Skradzionych obrazów – jak dotąd – nie odnaleziono, chociaż za pomoc w odzyskaniu dzieł władze holenderskie wyznaczyły 100 tys. euro nagrody.

Jeśli skazani za kradzież obrazów Octave Durham i Henk Bieslijn ukryli je gdzieś do czasu swego uwolnienia, to mają szansę stać się milionerami. Według holenderskiego prawa, w zależności od towarzyszących okoliczności, obaj mogą zostać prawowitymi właścicielami skradzionych obrazów po upływie dwudziestu lub trzydziestu lat. Ot, taki prawny paradoks…

Paweł Pizuński

< 1 2 3

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze