2 maja 2006 roku Wiktor Woliński jechał samochodem z żoną i 8-letnim synkiem. Wracali z majówki. Byli już w B. pod Prudnikiem na Opolszczyźnie, kiedy doszło do wypadku. To nie była wina Wolińskiego, ale mężczyzny kierującego volkswagenem transporterem, którego rejestracja zaczynała się na OK…

Tyle szczegółów zapamiętał oszołomiony wypadkiem Woliński. Człowiek z volkswagena wjechał w tył ich seata cordoby. Siła uderzenia zepchnęła samochód do rowu. Tutaj pesymista pomyślałby o niewyobrażalnym pechu, a optymista, że to szczęście w nieszczęściu, bo cała trójka żyła! Jedynie Wiktor Woliński miał wstrząśnienie mózgu, jego żona Marta złamaną rękę, a ich synek był trochę potłuczony. Najbardziej ucierpiał ich seat – nadawał się już tylko do kasacji.

 

Jak przyspieszyć sprawę

 Znalezienie pirata drogowego było kwestią czasu. Marka samochodu, początek numeru rejestracyjnego, a do tego jeszcze jedna, bardzo ważna rzecz – na miejscu wypadku znaleziono kawałek ramki od tablicy rejestracyjnej, na której był numer telefonu warsztatu samochodowego, gdzie prawdopodobnie auto było serwisowane.

Po telefonie do mechaników prawdopodobieństwo ustąpiło miejsca pewności.

Tak, serwisowali taki samochód! Nitka do kłębka była zatem bardzo krótka.

Kilka dni po wypadku policja zatrzymała Sebastiana T. To on był właścicielem samochodu i 2 maja miał spowodować wypadek pod Prudnikiem. Mężczyzna przyznał że to jego pojazd, ale zaprzeczył, aby to on siedział tego dnia za kółkiem. Czy rzeczywiście tak było? Sprawę badała policja. Jednocześnie powołano biegłego do rekonstrukcji wypadków drogowych – Wiesława N.

Wiktorowi Wolińskiemu zależało na skazaniu sprawcy wypadku, bo dzięki temu mógł starać się u ubezpieczyciela o wysokie odszkodowanie za zniszczony samochód. W grę wchodziło około 8 tys. zł. Firma ubezpieczeniowa, w której miał wykupioną polisę, surowo traktowała sprawców wypadków uciekających z miejsca zdarzenia. Tak samo jak kierowców prowadzących pod wpływem alkoholu. W takiej sytuacji wypłacała odszkodowanie, a potem ściągała je od sprawców.

Zaproponował, żebyśmy porozmawiali o sprawie – Wiktor Woliński wspomina pierwszy kontakt z biegłym. –Zaprosiłem go do domu. Wysunął propozycje finansowe, że musiałby zrobić parę prezentów wpływowym osobom, które mogą przyspieszyć moją sprawę.

     Woliński nie krył, że zależy mu na odszkodowaniu.

Zdziwił się nieco, że przedstawiciel wymiaru sprawiedliwości zażądał od niego ni mniej, ni więcej tylko… łapówki za pomyślny i ekspresowy finał sprawy.

Woliński nie przesłyszał się, nie zinterpretował źle sugestii, bo po chwili rozmowy został poinformowany o konkretnych kwotach, mimo że nie padły nazwiska ewentualnych obdarowanych. Najpierw zapłacił 200 zł, potem 300 zł. Okazało się, że to nie koniec. Kwoty rosły, miał dostarczyć jeszcze 500 zł.

 

Pieniądze dla adwokata

 Wiesław N. zadecydował, że na przekazanie ostatniej „raty” umówią się 10 stycznia 2007 roku w barze „Ognik” w Opolu. Woliński nie miał nic przeciwko, ale w ostatniej chwili biegły zmienił miejsce spotkania. Zaproponował godzinę 17 na drugim końcu miasta. Woliński nie marudził. Pojechał we wskazane miejsce. Zaparkował. Po kilku minutach do jego samochodu wsiadł biegły. Rozmawiali o najbliższej rozprawie.

 

Pojedziemy do tego policjanta z B., a potem do tego adwokata, z tym że on nie będzie występował w sprawie, bo musiałby to wpisać w komputer – wyjaśniał biegły.

Woliński kiwnął głową i oznajmił, że jest dzisiaj przygotowany. Czekał tylko na sygnał. W oku biegłego pojawił się błysk. Natychmiast powiedział: Pięćset złotych. Po chwili przeliczał podane mu banknoty (10 sztuk o nominale 50 zł).

Woliński nie zgłosił sprawy policji. Wiedział, że Wiesław N. ma tam dużo znajomych, którzy będą chcieli zamieść sprawę pod dywan, a może nawet „ukarać donosiciela”. Z problemem udał się do dziennikarzy lokalnej gazety. Jedna z prywatnych stacji telewizyjnych chętnie pomogła w zorganizowaniu wysokiej klasy sprzętu do nagrywania. Tuż przed spotkaniem z biegłym, 10 stycznia Woliński został okablowany. Wspólnie z dziennikarzami ustalili plan całej akcji. Wymyślili także hasło, które Wiktor miał powiedzieć, kiedy łapówka znajdzie się już w rękach Wiesława. Spisali także numery banknotów, które Woliński miał przekazać biegłemu.

     Kiedy mężczyzna pojechał na wyznaczone miejsce spotkania, zaraz za nim ruszyli dziennikarze.

Zaparkowali po drugiej stronie ulicy. Kamera była gotowa do nagrania. Moment kiedy biegły przyjmuje pieniądze, udało się zarejestrować, a kiedy w słuchawkach usłyszeli umówione hasło, podeszli do samochodu Wolińskiego. Biegły nie był specjalnie zmieszany: – Nie mam nic do powiedzenia. Jutro jest sprawa, dostałem pieniądze na adwokata – tłumaczył.

Po chwili wyjął pieniądze z kieszeni i chciał zwrócić je Wolińskiemu. Mężczyzna jednak nie wyciągnął po nie ręki, więc zirytowany Wiesław N. zostawił je w samochodzie. Zapewne miał nadzieję, że na tym zakończy się sprawa, prawdopodobnie w głowie układał scenariusz zemsty. Tymczasem po chwili na miejscu pojawili się wywiadowcy i policjanci. Wiesław N. został zabrany do radiowozu.

Stawiał opór, więc trzeba było założyć mu kajdanki.

W komendzie policyjny technik obfotografował łapówkę i zabezpieczył banknoty, by zdjąć z nich odciski palców.

72-letni Wiesław N. po przewiezieniu do Komendy Policji w Opolu zasłabł i trzeba go było przewieźć do szpitala. Trafił na kardiologię. Lekarz nie pozwolił na jego zatrzymanie ani przesłuchanie. Po kilku dniach został wypisany ze szpitala i natychmiast przewieziony przez policjantów do komendy. Wtedy po raz pierwszy usłyszał zarzut i został przesłuchany. Zarzucano mu, że od czerwca 2006 roku do 10 stycznia 2007 roku przyjął od Wiktora Wolińskiego tysiąc złotych (w trzech ratach). Cały czas miał powoływać się na wpływy i znajomości, jakie ma w Sądzie Rejonowym w P. i twierdzić, że sprawę Wolińskiego (toczącą się właśnie przed tamtym sądem) załatwi jak należy… Za takie postępowanie musiał się liczyć z wyrokiem od 6 miesięcy do 8 lat pozbawienia wolności.

Agnieszka Kozak

Personalia i drobne szczegóły zostały zmienione.

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze