Leopold Labryszewski zdobył zaufanie Prymowicza dopiero po dłuższym czasie. Najpierw był zwodzony opowieściami młodszego kolegi o planach na życie za kratami przez następnych 12 lat. Mimo to wyczuwał, że Prymowicz szykuje ucieczkę i zaczął nosić przy sobie igłę, nici i kromkę chleba – to niezbędne wyposażenie podczas pierwszych godzin ucieczki.

 

Przez mur po drabinie

Wreszcie, 1 lipca 1961 roku, Prymowicz dostał wymarzoną w więzieniu funkcję elektryka. Było sobotnie przedpołudnie, a on maszerował przez więzienny dziedziniec. Nie myślał o ucieczce, gdyż według wcześniejszych planów ta powinna odbyć się w deszczową noc, a nie w sobotnie południe. Tymczasem koło magazynu zobaczył Labryszewskiego, który na migi pokazał mu szopę i wieżyczkę strażnika. Prymowicz poprosił oddziałowego o pozwolenie wyjścia na dziedziniec. Mówił, że chce pospacerować w słońcu. Dostał zgodę i poszedł do hali pokazywanej przez Labryszewskiego. Obaj więźniowie tam się spotkali.

Prymowicz początkowo był przeciwny ucieczce, ale gdy znaleźli w hali drabinę, wahania minęły. Przenieśli drabinę w pobliże kuchni, wykorzystując fakt, że wieżyczka jest bez straży.

Prymowicz odgiął druty na szczycie muru. Potem zeskoczyli na uliczkę. Teraz od wolności oddzielał ich już tylko niewielki płot. Pojawił się za to inny problem. Mur był bardzo wysoki — miał 7,5 metra i podczas zeskakiwania na ziemię obaj uciekinierzy skręcili sobie nogi.

Jednak adrenalina  sprawiła, że nie odczuwali bólu. Przeskoczyli płot i kulejąc poszli przez miasto. Prymowicz usiadł na chwilę na ławce przy skwerze. Obok niego siedział starszy pan bawiący się z wnuczką. Nikt ich nie zatrzymywał, nikt nie wzywał milicji czy strażników.

W końcu dotarli do nieczynnej strzelnicy, ale Prymowicz miał tak uszkodzony staw skokowy, że część drogi pokonał na czworakach. Położył się w rowie przy tarczach, a kompana wysłał po coś do jedzenia. Musieli doczekać nocy i choć trochę zwalczyć dokuczliwy ból. Oczywiście „znawcy” ucieczek zaproponowaliby obu więźniom zrobienie podkopu, jednak w Rawiczu taka akcja nie miała żadnych szans powodzenia, gdyż mur stał na fundamentach wpuszczonych na dwa metry w ziemię. Do wolności prowadził więc tylko szaleńczy skok przez mur! Drabina była za ciężka, żeby ją wciągnąć na górę muru i spuścić z drugiej strony. Poza tym w każdej chwili ich ucieczka mogła być dostrzeżona, a wszczęty alarm mógł ją udaremnić.

Strzelnicę Prymowicz i Labryszewski opuścili dopiero po zmroku. Kilka pierwszych nocy posuwali się bardzo powoli, ze względu na ból w skręconych kostkach. Szli na północ, przechodząc przez Poznań i starając się ominąć Piłę. W ciągu dnia spali na polu, albo w stodołach. Raz nakarmił ich jakiś gospodarz, ale nie doniósł na milicję, że widział zbiegów. W lesie nazbierali grzybów, które Labryszewski sprzedał na targu i za zarobione pieniądze kupili chleb. Potem Prymowicz wspominał to jako wspaniałą ucztę. Ostatecznie uciekinierzy rozstali się w lasach pomiędzy Białogardem, a Szczecinkiem. Prymowicz poszedł dalej na północ, w kierunku domu rodziców we wsi Skoczowo w gminie Dygowo, pomiędzy Kołobrzegiem a Koszalinem, natomiast po Labryszewskim wszelki ślad zaginął.

 

Powrót do Rawicza

Leszek Prymowicz — w końcu dawny ubek, znający nieco psychiczne podłoże zachowania przestępców — słusznie stwierdził, że większość uciekinierów unika przebywania w domu rodzinnym, gdyż wiedzą, że tam ich przede wszystkim będą szukać. Dlatego postanowił zamelinować się u rodziców, przetrzymać pierwsze poszukiwania i rewizje, a potem, gdy się trochę uspokoi, uciec do Niemiec.

Do rodziców dotarł na początku sierpnia. Dystans dwustu kilometrów pokonał w ponad miesiąc. Później przez dwa miesiące leczył nogi i ukrywał się przed obławami. Dawni koledzy z UB w Koszalinie obiecali mu pomoc, ale były to tylko luźno rzucane obietnice. Rodzice byli już starzy i schorowani, więc Prymowicz zaczął rozmyślać, co dalej robić ze swoim życiem. W końcu podjął decyzję – najpierw napisał listy do prokuratury i ministra sprawiedliwości z prośbą o zawieszenie, bądź o rozłożenie kary na raty.

Ukrywał się pod łóżkiem w sypialni na piętrze. Schowek był tak przemyślnie zamaskowany, że wielokrotne milicyjne przeszukiwania nie przyniosły rezultatu. Na Prymowicza naciskał także mąż jego siostry, funkcjonariusz SB w Warszawie. Namawiał go, żeby oddał się w ręce milicji i odsiedział karę.

W końcu 7 grudnia 1961 roku, Prymowicz poszedł na pocztę i zadzwonił do kapitana Bednarczuka z komendy milicji w Koszalinie.

Milicjanci przyjechali ubrani po cywilnemu, zabrali Prymowicza do samochodu. W połowie grudnia w Koszalinie zjawili się strażnicy więzienni z Rawicza, zakuli Prymowicza w kajdanki i zawieźli do Poznania. A potem stało się to, czego zbieg obawiał się najbardziej — został odstawiony z powrotem do więzienia w Rawiczu. Jednak strażnicy nie szukali odwetu na uciekinierze.

Prymowicz odsiedział całą karę i wyszedł na wolność 5 maja 1974 roku. Z czasem osiedlił się we Wrzosowie niedaleko Skoczowa. Tu, na kawałku ziemi, postawił budkę z płyty pilśniowej i zajmował się naprawą sprzętu elektrycznego. Był dobrym i cenionym fachowcem. Zaskakiwał klientów tym, że za naprawy nie chciał pieniędzy, tylko artykuły spożywcze, np. herbatę. Ludzie uważali go za lekko zdziwaczałego samotnika. Nie miał telewizora, ani samochodu. Słuchał tylko muzyki i wiadomości z małego tranzystorowego radia. Nie wiadomo, co stało się z jego rodziną. Nie wiadomo czy miał dzieci, chociaż wieś szeptała, że podobno tak. Prymowicz zmarł w 1995 roku. O pogrzeb i grób zadbał jeden z sąsiadów, który uważał, że był to dobry człowiek.

Ucieczka Prymowicza i Labryszewskiego zmusiła władze więzienia w Rawiczu do zmiany procedur. Przez następne pół wieku nikomu nawet nie przyszło do głowy, że można stamtąd uciec. Dopiero kilka lat temu zbiegł więzień, z pracy poza murami. Później, jesienią 2015 roku, uciekł kolejny osadzony, ale schwytano go po kilku godzinach, gdyż wpadł w panikę na widok radiowozu.

Stefan Gawlikowski

< 1 2 3

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze