Niepokój o to, że może być śledzony dręczył go już od pierwszej serii zbrodni na rodzinie Otero, więc kluczył i zacierał ślady. Zamiast bezpośrednio na miejsce akcji, wypatrzone i przygotowane już od kilku tygodni, pojechał do kręgielni na rogu Woodlawn i 21 ulicy. Trochę pograł, robiąc wszystko, by rzucić się w oczy kilku znajomym i w ten sposób uzyskać alibi. Potem zadzwonił po taksówkę. Przed wyjściem zamówił w barku piwo, aby taksówkarz miał wrażenie, że wiezie pijanego. Kazał jechać w rejon akcji, w pobliże domu znajdującego się na Independence Street. Po drodze skutecznie udawał nietrzeźwego: zionął taksówkarzowi tym piwnym oddechem, mówił z trudem, w końcu kazał się wysadzić we właściwym miejscu pod pretekstem, że dręczą go mdłości.

Dalej wszystko rozegrało się według długo i cierpliwie opracowywanego planu. Z torbą zawierającą podręczny przybornik podszedł pod upatrzony dom na Independence Street numer 6254. Od dawna znał mieszkającą tu kobietę, choć nie z imienia i nazwiska. Spotykał ją niezliczoną ilość razy, widział jak wraca z pracy, z zakupów, obserwował podczas codziennych czynności, takich jak mycie okien czy praca w ogródku. Była jakby częścią jego życia. Dzielił z nią to samo upodobanie do porządku, utrzymywania domu na zewnątrz w nienagannej czystości, do regularnych prac w ogródku.

Teraz ze zdumieniem spostrzegł, że ona wyłamuje się z jego porządku. Dom pogrążony był w ciemności, natomiast samochód kobiety stał przed garażem. „Przecież nie powinno być jej w domu!” – pomyślał nie wiedzieć czemu przerażony, lecz opanował nerwy i postanowił włamać się do domu, jak zwykle przez drzwi wychodzące na podwórko. Z użyciem wytrycha bez trudu poradził sobie z zamkiem i po chwili penetrował pomieszczenia, poruszając się cicho jak kot. Wewnątrz nie było nikogo, musiał czekać. Znalazł dobre miejsce do ukrycia w zakamarkach jakiegoś pokoju.

Długie, cierpliwe oczekiwanie – i wreszcie odgłos otwieranych drzwi. Jest ich dwoje, kobieta i mężczyzna,  niemal natychmiast zmierzają do głównej sypialni i są ze sobą chyba godzinę. Dobiegające odgłosy rozpalają jego wyobraźnię. Obiecuje sobie rychły rewanż za upokorzenia. Mężczyzna w końcu wychodzi. Wyczekuje, aż ona uśnie, co następuje niemal natychmiast. Wtedy wdziera się do sypialni, zapala górne światła. Kobieta wybudza się ze snu i głośno wzywa pomocy. Skacze na łóżko, przygniata ją ciałem, przecina krzyk silnym uciskiem dwóch dłoni na jej gardle. Po chwili kobieta jest martwa.

Teraz następuje kolejna faza ataku. Czas na spełnienie rozsadzających jego chorą wyobraźnię fantazji seksualnych. Wyciąga z torby Polaroid i wykonuje serię fotografii. Zrzuca na podłogę koc i układa na nim zwłoki. Rewiduje torebkę ofiary, wrzuca do worka kilka przedmiotów. Zawija zwłoki w koc i przenosi je do samochodu ofiary. Zupełna nowość, wyłom w obowiązującej rutynie: jedzie przez uśpione miasto skradzionym samochodem, z trupem kobiety w bagażniku, na chybił trafił wybierając potrzebne mu miejsce. Zatrzymuje się na zapleczu kościoła Christ Lutheran Church. Upewnia się, że nikt go nie widzi z ulicy, wyciąga aparat Polaroid i wykonuje kolejną serię fotografii. Układa zwłoki w rozmaitych pozach, robi zbliżenia spętanych kończyn i już wie, jak silnie pobudzająco działać będą na jego wyobraźnię, podczas piwnicznych seansów.

Gdy już zaspokaja wszystkie swoje żądze, musi do końca wypełnić plan. Stwierdza, że niebawem zacznie świtać, należy więc pozbyć się zwłok. Wrzuca je do bagażnika, uruchamia silnik i znowu krąży po mieście. Na 53 ulicy, w pobliżu skrzyżowania z  Greenwich, dostrzega głęboki rów przydrożny, zacieniony drzewami i krzakami. Zdecydowanie zatrzymuje samochód, wyciąga zwłoki z bagażnika i zrzuca je do rowu, starannie przykrywając je gałęziami i liśćmi.

W miejsce to powracał jeszcze kilka razy. Niezrażony przykrą wonią rozkładających się zwłok robił zdjęcia wystających spod gałęzi fragmentów. Nie musiał się spieszyć. Marine Hedge znaleziono dopiero w osiem dni po zamordowaniu, a policja jeszcze przez dziesięć lat nie kojarzyła tej zbrodni z działalnością BTK.

 

Pomagał w tym fakt, że seryjny morderca nigdy przedtem nie wyłamał się z reguły mordowania w zaciszu domostw swych ofiar. Nigdy też nie wywoził zwłok na ryzykowną wyprawę po mieście.

 

W biały dzień

 Szesnastego września 1986 roku w BTK znów obudziła się bestia. Postanowił odświeżyć wrażenia towarzyszące zabijaniu słabszej istoty. To właśnie wtedy podszył się pod technika konserwującego linię telefoniczną.

Znów zdumiało go, że idzie tak łatwo. Dom Vickie Wegerle, 28-letniej niepracującej mężatki, często bezinteresownie pomagającej matkom z pobliskich kościołów w opiece nad małymi dziećmi, miał już upatrzony od wielu miesięcy. Podjechał więc tam bez wahania w biały dzień, bo miał absolutną pewność, że kobieta będzie wewnątrz. Przy schodkach założył na głowę kask ochronny. Z teczką w ręku, zawierającą cały zestaw przydatny do popełnienia zbrodni, wyglądał jak typowy technik naprawiający telefony. Z domu dobiegały odgłosy muzyki fortepianowej, które zamilkły  natychmiast, gdy nacisnął dzwonek.

< 1 2 3>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze

[fbcomments]